Historyczne ciężarówki do broni nuklearnej – V12 na benzynę i kontener nad kabiną

Autor tekstu: Krystian Pyszczek

Jawne groźby użycia broni jądrowej wróciły do europejskiej rzeczywistości. Przypomina to okres po drugiej wojnie światowej, kiedy to po obydwóch stronach żelaznej kurtyny rozmieszono tysiące pocisków balistycznych z głowicami jądrowymi. Dlatego też wrócimy dzisiaj do niego w artykule historycznym, dotyczącym oczywiście samochodów ciężarowych. Konieczność przetransportowania tej śmiercionośnej broni doprowadziła bowiem do powstania wielu niezwykle interesujących transporterów.

Jak zapewne wszyscy wiedzą, pierwsze i jak dotąd jedyne użycie broni jądrowej w warunkach bojowych miało miejsce 6 i 9 sierpnia 1945 roku podczas bombardowania Hiroszimy, a następnie Nagasaki. Tym samym USA stały się wówczas jedynym mocarstwem nuklearnym, choć nie na długo, bowiem już w 1949 rok ZSRR zdetonował własną bombę atomową. Od tej pory było wiadomo, iż ewentualna konfrontacja pomiędzy tymi dwoma mocarstwami może zakończyć się ogólnoświatową pożogą.

https://www.youtube.com/watch?v=oOF0J-cSsVU

Początkowo do przenoszenia broni atomowej służyły bombowce strategiczne, jednak z czasem głównym orężem państw w tej kwestii stały się międzykontynentalne pociski balistyczne (z ang. ICBM: Intercontinental ballistic missile), najczęściej odpalane z podziemnych silosów. Dla USA przełomowy był zwłaszcza rok 1962 kiedy to do służby wprowadzono pierwsze pociski na paliwo stałe LGM-30 Minuteman I. Broń ta mierzyła 16,4 metra długości, ważyła niemalże 30 ton, a jej siłą ofensywną była głowica Mark 5 z ładunkiem termojądrowym W59 o mocy 1,2 megatony. W praktyce oznaczało to, że jeden Minuteman miał taką samą moc jak 57 bomb Fat Man zrzuconych na Nagasaki.

Oczywiście odpalenie takiego pocisku to jedno, a dostarczenie go na miejsce i umieszczenie w podziemnym silosie to drugie. Dodatkowo należy pamiętać, iż od czasu do czasu taka rakieta musiała być wyjmowana ze swojego schronu celem dokonania prac serwisowych. Aby móc dokonywać takich operacji Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych (USAF: United States Air Force) potrzebowały specjalnego transportera, którego opracowanie zlecono łącznie trzem firmom. Pierwszą z nich było GMC, należąca do koncernu General Motors marka znana z produkcji pojazdów typowo użytkowych. Dwie pozostałe firmy pochodziły natomiast z sektora lotniczego. Mowa tu o Boeingu oraz producencie lekkich samolotów, czyli Cessnie.

W ten oto sposób w latach 60-tych powstał niezwykły zestaw zwany po prostu GMC Minuteman Missile Transporter lub Erector Loader. Składał się on z trzech głównych elementów: bardzo niskiego ciągnika, przyczepy transportowej, oraz specjalnego kontenera w którym przewożony był Minuteman. Za zaprojektowanie ciągnika było odpowiedzialne rzeczone GMC. Pojazd miał łącznie 4 osie (choć istniały także warianty 5-osiowe), z czego dwie przednie były skrętne. Pierwsza z nich posiadała napęd stały, druga dołączany w razie potrzeby, natomiast pozostałe dwie były osiami wleczonymi. Z racji rozmiaru ładunku pojazd wyposażono w bardzo niską kabinę o wysokości zaledwie 1,22 metra. Częściowo bazowała ona na komercyjnej konstrukcji znane z ciężarówek serii L (stąd też pochodziła m.in. deska rozdzielcza), jednak aby było jeszcze ciekawiej celem redukcji masy szoferka została wykonana ręcznie z użyciem dużej ilości magnezu.

Jeszcze bardziej niezwykły był napęd całego tego zestawu. Mowa tu bowiem o omawianym niedawno 11,5-litrowym benzynowym silniku V12, zwanym Twin-Six. Twin-Six generował zaledwie 275 koni mechanicznych przy 2400 obr./min. Inaczej sprawa wyglądała natomiast z momentem obrotowym, bowiem w tym przypadku mieliśmy do dyspozycji 630 Nm momentu obrotowego wytwarzanego od 1600 do 1900 obr./min. Jak na ówczesne warunki był to naprawdę niezły wynik, a konkurencyjne diesle nie oferowały wiele więcej, jako że nadal nie miały turbodoładowania. W swoich czasach był to zatem motor bardzo mocny i elastyczny i nic dziwnego, że to właśnie on trafił do służby w USAF. Sam silnik połączony był z 5-biegową skrzynią biegów (niestety nie znalazłem informacji o tym, czy był to automat czy manual) oraz przekładnią pomocniczą o dwóch przełożeniach. W praktyce dawało to 45 MPH czyli około 72 km/h prędkości maksymalnej. W teorii niewiele, ale jak na lata 60-te i typ pojazdu był to dosyć dobry wynik. Swoją drogą operatorzy wspominają, iż dźwięk V12 był tak donośny iż jazda tym ciągnikiem oznaczała konieczność stosowania zatyczek do uszu.

Więcej o silniku: Benzynowe V12 dla ciągników siodłowych – ostatnia taka konkurencja dla diesla

Dalej robiło się jeszcze ciekawiej. Ciągnik bowiem wyposażono w regulowane zawieszenie na poduszkach oraz hydraulicznie sterowane siodło. Za te modyfikacje odpowiedzialna była Cessna. Dzisiaj te rozwiązania nikogo już nie szokują, ale w latach 60-tych nadal były one rzadkością. Cessna wraz z Boeingiem zbudowała również 3-osiową przyczepę o skorupowej konstrukcji, na której zawieszono ogromny kontener o długości 19,8 metra z pociskiem balistycznym. Nietypowym rozwiązaniem zastosowanym w naczepie był rozpylacz soli na koła, co miało poprawić przyczepność w trudnych warunkach.  Cały zestaw wyposażono w ogromne siłowniki hydrauliczne które stawiały Minutemana do pionu, po czym specjalna wciągarka umieszczała broń w podziemnym silosie. Sam sposób transportu był również niezwykle ciekawy. Choć pociski przewożono bez głowic bojowych, należało im zapewnić odpowiednie warunki w kontenerze. Dlatego też ciężarówkę wyposażono w specjalne pompy zawierające zarówno zimną oraz gorącą wodę, a także klimatyzację przeniesioną z samochodów osobowych marki Pontiac. Podkreślam, ten ostatni element nie służył kierowcy, a przewożonemu Minutemanowi. A szkoda, bo jestem pewien, iż operowanie wartym 700 tys. dolarów zestawem, o masie 63 ton, mogło powodować zwiększoną potliwość. Tym bardziej, że 700 tys. dolarów z lat 60-tych to jak dzisiejsze 6 milionów dolarów.

Dokument z epoki dotyczący pocisków Minuteman, z omawianym transportem widocznym w 14. minucie:

W tym miejscu pojawia się pytanie: ile takich zestawów powstało? W latach 1962-1963 zbudowano łącznie 80 sztuk, które przetrwały w służbie aż do roku 1990, w międzyczasie pracując także z nowszymi wersjami pocisków Minuteman. Do dnia dzisiejszego zachowały się co najmniej trzy egzemplarze tych transporterów, z czego jeden eksponowany jest muzeum, a dwa kolejne wykorzystano jako pomniki, ustawione przed bazami amerykańskich sił powietrznych.

Co ciekawe USAF do dziś używa podobnych systemów przeznaczonych do transportu pocisków międzykontynentalnych i ich umieszczania w silosach. Niestety bazując na ogólnie dostępnych informacjach nie znalazłem dokładnych danych taktyczno-technicznych tych pojazdów. Jedyne co mogę stwierdzić to to, iż posiadają szoferki z pochodzących z lat 80-tych Peterbiltów 362. Zbyt głęboko wolałem też nie szukać, gdyż nie uśmiecha mi się scenariusz, w którym pod moim domem parkuje czarny Chevrolet Tahoe ze smutnymi Panami w środku 😉 Choć w polskich warunkach to byłby raczej chyba Honker, a uwierzcie mi, konieczność jazdy tym samochodem jest szczególnie smutna.

Następca omawianych transporterów:

Na koniec, zamieszczę coś szczególnego. To fragment pochodzącej z 1983 roku produkcji „Nazajutrz” (tytuł oryginalny „Day After”) opowiadający o wojnie nuklearnej pomiędzy NATO a Układem Warszawskim. Nie wiem jak dla was, ale dla mnie scena ataku jest bardziej przerażająca od najlepszych horrorów.

https://www.youtube.com/watch?v=ABGJtQrS-a0