Polskie rejestracje i kierowca z białoruską kartą szefa – takie firmy wygryzą Polaków?

Fot. GITD

Ciężarówka zatrzymana przez WITD Lublin w miniony piątek, tuż przy polsko-białoruskiej granicy w Koroszczynie, miała na sobie polskie tablice rejestracyjne. Gdy jednak sprawdzono przestrzeganie przez kierowcę norm czasu pracy, znaleziono aż dwie białoruskie karty do tachografu – jedną należącą do samego kierowcy, a drugą do właściciela firmy. Trudno więc o bardziej symboliczny przykład problemu, niż ten nagłośniony ostatnio przez „Rzeczpospolitą”.

Dziennik ostrzega przed coraz silniejszym zjawiskiem rejestrowania białoruskich przewoźników w Polsce. Firmy te zakładają nasze rejestracje, by uniknąć sankcji i legalnie wjeżdżać do Unii Europejskiej, a jednocześnie utrzymują bardzo rozległe kontakty i własne spółki po wschodniej stronie granicy. To daje im tak silną pozycję na wschodnim rynku, że rodowicie polskim przewoźnikom trudno będzie utrzymać tam konkurencję. Tym bardziej, że transport na wschód pozostaje mocno utrudniony przez kolejki, a Białorusini naliczają opłaty za wjazd do ich kraju, wynoszące około 1000 złotych za jednorazowe zezwolenie.

Zapewne znajdą się osoby, które wzruszą na to ramionami, stwierdzając, że w obliczu wojny na Ukrainie transport do Rosji lub na Białoruś w ogóle nie powinien nas obchodzić. Tutaj jednak przedstawiciele branży przypominają, by patrzeć na ten temat nieco szerzej. Im bowiem więcej polskich firm zostanie wyrzuconych ze wschodniego rynku, tym bardziej tłoczno może zrobić się na rynku przewozów unijnych lub bałkańskich.