OFERTY PRACYKONTAKT
rekrutuj 40ton665
Opublikowane 1 Grudzień, 2015

Wspomnienia z trasy do Iranu w barwach PEKAES Warszawa – część 11

Marzenia się spełniają – Wspomnienia z pierwszej jazdy do Iranu

Część 11

11 stycznia, wtorek

Spaliśmy bardzo mocno, tak dobrze nam się spało, że budzik prawie się wydzwonił. Po obudzeniu się nie wstajemy od razu, leżąc jeszcze w tych ciepłych śpiworach wspominamy wczorajszą, nocną awarię, czyli zablokowanie wszystkich kół w przyczepie. Naprawdę miałem dużo szczęścia, bo gdyby to nastąpiło w górach, na tych stromych zjazdach, to dzisiaj na pewno bym tutaj nie leżał, w tym ciepłym łóżku. Byłem o krok od tragedii. Uchylając zasłonkę w bocznym oknie widzę, że wieje wiatr i na dodatek sypie drobny śnieg.  W kabinie u Władka jest tak przyjemnie i ciepło, tak dobrze się leży, że aż nie chce się wychodzić z ciepłego śpiwora, widząc tę srogą zimę za oknem i czekającą na nas robotę. Ale co zrobić, jest już najwyższy czas na wstawanie, godzina 8 naszego czasu, czyli 10 na czas turecki.

A więc golimy się i myjemy, żeby nie wyglądać jak te dzikusy i zabieramy się do szykowania śniadania. Po zjedzeniu śniadania Władek ubiera dwie pary ciepłych kalesonów, grube, ciepłe spodnie, dwie koszule barchanowe oraz dwa grube swetry i kurtkę. Teraz to chyba nie zmarznę, mówi Władek, a cała naprawa to na pewno nie potrwa 15 minut, tylko znacznie dłużej. Ja jestem ubrany ciepło, bo w tej mojej “lodówce” bym już dawno zamarzł. Kto by to się spodziewał takiej awarii akurat w takich niekorzystnych warunkach. Po wyjściu z ciepłej kabiny od razu daje się odczuć duży mróz. Wieje dość silny wiatr i sypie śnieg. Na termometrze jest -31, ale najważniejsze, że silnik w moim samochodzie chodzi. Okna są zamarznięte , pokryte lodem i jak zwykle trzeba będzie je podgrzewać. Ale najważniejsza sprawa to usunięcie wczorajszej awarii.

Cybuchy idą w ruch. Ponownie zaczynamy podgrzewać zamarznięte zawory, ale to jak na razie nic nie daje. Wlewamy sam płyn hamulcowy do węży i podnosząc je do góry sprawiamy, że płyn jak najdalej spłynie, dostając się do zaworów i zabezpieczając je przed zamarznięciem. Ponownie je podłączamy, zaczynając podgrzewać zawory oraz przewody powietrzne. Jeden z przewodów, który jest plastikowy został za mocno podgrzany i wystrzelił. No niestety, tutaj nie ma żadnej możliwości naprawy. Dobrze, że miałem 20 groszy, które pasowało do zablokowania tego otworu. Przewody plastikowe musimy bardzo delikatnie podgrzewać, ponieważ możemy mieć jeszcze większe kłopoty. Podgrzewamy następny zawór  i nadal nic. Tak się zastanawiamy, co jest powodem nieprzejścia powietrza na cały układ hamulcowy. Władek jak zwykle jest bardzo zaangażowany i kładzie się w ten nieodgarnięty śnieg, podgrzewając drugi zawór, który znajduje się nad przednią osią. Nadal nic, pozostał jeszcze ten trzeci, ale on jest jeszcze dalej pod przyczepą, nad jej tylnymi osiami. I czy rzeczywiście byłby on tym powodem tego blokowania? Jest już nam naprawdę bardzo zimno, wieje ten zimny wiatr i sypie śnieg, jesteśmy już bardzo zmarznięci. Ukręciłem nowy cybuch, umoczyłem w zbiorniku, podpaliłem i poszedłem podgrzewać ten trzeci zawór, i po dłuższej chwili słyszymy jak powietrze poszło na cały układ hamulcowy przyczepy.

Och, co za ulga, będzie hamulec na cały zestaw i będziemy mogli ruszyć w dalszą drogę. Cała ta naprawa trwała 2 godziny. Jesteśmy już tak zmarznięci, że nóg i rąk prawie nie czujemy, no i w twarz  też  jest tak zimno, że  trudno się porozumieć. Ale najważniejsze, że awaria została usunięta i będziemy mogli jechać dalej. Teraz szybko idziemy do kabiny Władka, aby się rozgrzać i wypić ciepłą herbatę. Niestety nasi koledzy cały czas siedzieli w swoich ciepłych kabinach i tylko się nam przyglądali kiedy usuniemy awarię. Smutne to jest, ale co zrobić, tacy to już jesteśmy. Zrobiliśmy sobie ciepłą herbatę i uzgodniliśmy, że dzisiaj dojedziemy tylko do Erzurum. Po wypiciu herbaty Władek poszedł do kolegów z podjętą decyzją, a ja do mojej “lodówki”, aby poodmrażać szyby, zabierając z sobą ciepłą butlę gazową z założonym i palącym się słoneczkiem. Pierwszą moją czynnością było wygrzanie otworu  na przedniej szybie aby widzieć coś do przodu. A więc wygrzałem  otwór o średnicy około 20 cm. Szybę boczną również musiałem podgrzać, aby ją uchylić i widzieć w lusterku bocznym, czy jadą za mną koledzy. Po jakimś czasie podszedł Władek i mówi, że się zgadzają, tylko że jak będzie stacja DKV to się zatrzymujemy, bo mają mało paliwa. A więc możemy teraz ruszać w dalszą drogę.

opowiadania ciezarowka do iranu 11-1

Droga tutaj w górach jak zwykle jest śliska i nieodśnieżona. Nie dbają o te drogi, więc jedziemy bardzo ostrożnie. Po ujechaniu około 10 km znowu widać długi podjazd, a w międzyczasie musiałem kilkukrotnie podgrzewać przednią szybę i szybko wycierać ręcznikiem, aby widzieć coś przed sobą. Podjazd jest stromy, czuję po silniku, że ma coraz ciężej, więc zredukowałem z szóstego biegu na czwórkę. Po ujechaniu kilkuset metrów znowu czuję, że silnik ma ciężko, uchylając okno widzę jak z rury wylatuje czarny dym, a więc jest to bardzo stromy podjazd. Patrząc w lusterko widzę, że moi koledzy bardzo się rozciągnęli, oby tylko podjechali i nie trzeba było po nich wracać, bo to znowu strata czasu. Po tym długim i stromym podjeździe czekam na moich kolegów, stojąc na tej wysokiej górze i wykorzystuję sytuację, robiąc zdjęcie tego pięknego widoku. Jest przepiękne niebieściutkie niebo i ta biel skrzącego się śniegu.

opowiadania ciezarowka do iranu 11-2

Piękne zimą są te góry, jestem nimi zauroczony, ale dla nas kierowców są naprawdę wielką udręką. Po jakimś czasie widzę, że  wjeżdżają trzy samochody, ale wśród nich nie ma Mariana. Na tym stromym podjeździe został Marian i niestety znowu muszę odczepiać przyczepę i wracać po niego, nie mam innego wyjścia. Władek zostawia swój samochód i razem zjeżdżamy po Mariana. Po dojechaniu jak zwykle nie ma gdzie zawrócić. Musimy znowu szukać dogodniejszego miejsca do zawrócenia. No i wreszcie jest, Władek wyskakuje i pomaga zawrócić na tej ośnieżonej wąskiej drodze. Po podjechaniu do Mariana zaczepiamy linę i wciągamy go na górę, gdzie znowu słyszymy, że zginął mu półbieg, tak jak wczoraj Władkowi, a że nie miał założonych łańcuchów, to sam już nie ruszył. Więc ruszamy dalej, jesteśmy w komplecie i jedziemy razem, pogoda jest śliczna, jesteśmy wysoko w górach. Jest na co patrzeć i co podziwiać. Góry zimą są naprawdę wspaniałe, te potężne białe szczyty na tle błękitnego nieba wyglądają przepięknie.

opowiadania ciezarowka do iranu 11-3 opowiadania ciezarowka do iranu 11-4

Widzę to przez wygrzaną szybę o średnicy około 20 cm i czuje się jak w czołgu widząc tylko do przodu. Nauczyłem się też robić zdjęcia w czasie jazdy, podtrzymując prawą nogą kierownicę, uchylając okno i wychylając się za kabinę. Narobiłbym więcej tych zdjęć, gdyż widoki pięknych gór są naprawdę wspaniale, ale nie mam dużo filmów, zabrałem tylko 10 rolek, a 4 już wypstrykałem. Do Teheranu jeszcze daleka droga, no i w drodze powrotnej też będą na pewno inne ciekawe widoki, więc muszę się powstrzymywać i nie ulegać pokusie. Teraz zaczynamy zjeżdżać z tej wysokiej góry, droga jest znowu wąska i kręta, mając niekiedy tak duże spady, że samochód zaczyna się uślizgiwać, a ja znowu muszę podgrzać przednią szybę, żeby widzieć drogę. Trzymając nogę na hamulcu i hamując całym zespołem, a jednocześnie podgrzewając i wycierając przednia szybę, postępuję bardzo ryzykownie, ale nie mam innego wyjścia. Muszę przecież widzieć gdzie jadę. Dobrze, że mam to słoneczko, bo nie wiem jak bym sobie radził bez niego w tych warunkach pogodowych. Po wielu trudnościach zjechaliśmy szczęśliwie z góry i teraz wjeżdżamy do małej doliny, która może ma z 5 km długości. Nabrałem szybkości i jadę 35 km\h. Jedzie się bardzo dobrze, chociaż droga jest zaśnieżona, a na termometrze jest -28 stopni.

opowiadania ciezarowka do iranu 11-5

W kabinie zrobiło się zaraz trochę cieplej, chociaż szyby cały czas mam zamarznięte. Przyjemnie jest tak jechać w ciepłej kabinie, chociaż przez krótką chwilę. Wykorzystując tę drogę podgrzewam jeszcze przednią szybę, natychmiast wycierając ją ręcznikiem. Mam na zmianę dwa ręczniki, ale jeden z nich jest już mokry i zamarznięty. Nie mam innego wyjścia, jest to bardzo  uciążliwe i trzeba się z tym pogodzić. Dobrze, że jest mały ruch, tylko niekiedy na drodze jadą małe tureckie samochody powracające z Iranu. Jadąc tak mam po lewej stronie potężne góry obsypane bielutkim śniegiem, a po prawej zasypaną śniegiem dolinę. Pięknie to wszystko wygląda, takich przestrzeni i widoków u nas się nie zobaczy. Fajnie się tak jechało, ale niestety, kończy się ta szybka jazda i zaczynamy znowu wjeżdżać pod górę. Długi i trudny jest ten podjazd, bo widzę w lusterku jak mocno się porozjeżdżaliśmy. Daleko za mną jedzie Władek  i jedna chłodnia, a pozostałych chłodni nie widzę. Odcinkami są bardzo strome podjazdy, tak, że jedzie się bardzo trudno, a koła raz po raz się uślizgują, przez co silnik momentalnie wchodzi na wysokie obroty. Dobrze, że jest dzień. Po tym długim podjeździe zatrzymuję się na górze i oczekuję na moich kolegów.

opowiadania ciezarowka do iranu 11-6

Wykorzystując sytuację  uszykowałem sobie zamarznięty chleb i kawałek suchej kiełbasy, po czym zabrałem się do jedzenia oraz podgrzewania przedniej szyby, bo już zdążyła zamarznąć i nic przez nią nie widziałem. Po chwili wjeżdża Władek, a po około 15 minutach Jacek. Słońce zaczęło zachodzić, skrywając się za te piękne ośnieżone góry, a my czekamy na naszych kolegów. No i zapada decyzja, że wracamy po nich, bo na pewno gdzieś stoją  i oczekują na naszą pomoc. Zostawiając przyczepy wracamy z Władkiem po naszych komsi. No i jak zwykle stoją, pierwszy Marian, a dalej za nim Piotr, nie mogąc podjechać i czekając na naszą pomoc. I znowu ten sam problem, niema gdzie zawrócić, znowu musimy zjeżdżać niżej aby znaleźć dogodniejsze miejsce. Po zawróceniu bierzemy ich na linę i wciągamy na górę. Znowu cała godzina do tyłu. Słońce już się schowało za góry. Po wjechaniu na górę podczepiamy te nasze “zośki” i ponownie przed nami wolna jazda. Zjeżdżając ze stromej i długiej góry szybę  mam już znowu zamarzniętą, a w kabinie jest zimno jak w zamrażarce. A “zośka” pcha z tej góry niesamowicie, raz po raz koła się uślizgują, a samochód ustawia się w poprzek drogi i znowu trzeba zmienić bieg na wyższy, aby wyprostować zestaw. Moment i samochód już ma szybkość 30 km/h, ciężar całego zestawu spycha niesamowicie i znowu trzeba trzymać na hamulcu zasadniczym, aby wyhamować do bezpiecznej szybkości, a dodatkowo muszę podgrzewać jeszcze szybę.

Po zjechaniu z tej góry przejeżdżamy przez miejscowości Refahiye. Nie ma tutaj żadnego ruchu tylko widać dymiące kominy lub wystające rury, również mocno dymiące. Sporadycznie można zauważyć ludzi krzątających się przy swoich domostwach. Mieszkając w tych małych lepiankach mają tutaj naprawdę trudne życie. Nam jest trudno sobie wyobrazić abyśmy my mieszkali w takich warunkach, ale oni są do tych trudów już przyzwyczajeni. Jak się to zwykle mówi, co kraj to inny obyczaj i te warunki pogodowe nie są im obce. Natomiast nam, Europejczykom, żyło by się na pewno nie za wygodnie, ponieważ jesteśmy przyzwyczajeni do wygód i innego stylu życia. Śniegu leży około 30-40 cm, można to zauważyć po odgarniętym śniegu przy tych małych zamieszkałych lepiankach. Jadąc dalej mijamy jedną z nielicznych małych górskich wiosek.

opowiadania ciezarowka do iranu 11-7 opowiadania ciezarowka do iranu 11-8

Po przejechaniu kilkunastu kilometrów względnie dobrej drogi z niezbyt trudnymi wzniesieniami znowu widać, że trasa zaczyna piąć się w górę, jest wąska, a miejscami  pokryta lodem.  Jest bardzo ślisko, a ja znowu muszę podgrzewać przednią  szybę bo już prawie nic przez nią nie widzę. Dobrze, że na drodze nie ma dużego ruchu. Po jakimś czasie, uchylając okno znowu widzę jak mocno się porozjeżdżaliśmy, bo odstępy są kilkusetmetrowe. Władek jedzie około 200 metrów za mną, niekiedy widzę Jacka, ale pozostałych kolegów już nie widzę. Droga  jest stroma i kręta, cała zaśnieżona, a miejscami sam lód, koła niekiedy tracą przyczepność a silnik wchodzi na wysokie obroty i spada już i tak niewielka prędkość. Trzeba natychmiast ująć nogę z gazu, ale bardzo delikatnie, aby nie stanąć, bo już samemu się nie ruszy. Jak na razie, jedziemy bez założonych łańcuchów.

opowiadania ciezarowka do iranu 11-9 opowiadania ciezarowka do iranu 11-10

No i wreszcie wjeżdżam na szczyt tej góry, nie ma tutaj aż tak dużo śniegu, ale na termometrze jest -30. Po około 10 minutach podjeżdża Władek. Wsiadam do kabiny Władka aby trochę się ugrzać i czekamy na kolegów. Wykorzystując tą okazję na pewno trochę się ugrzeję, bo w tej mojej “lodówce” to chyba zamarznę zanim dojadę do Iranu. Zazdroszczę im tego luksusu, tego ciepła w kabinie. Po chwili podjeżdża Jacek a pozostałych kolegów nadal nie widać. Po kwadransie oczekiwania  zdecydowaliśmy się, że rozczepiamy przyczepy i wracamy po kolegów. W momencie rozczepiania Jacek podbiegł do nas i mówi, że jadą, a więc czekamy. Po wjechaniu na górę Piotr i Marian przyszli do nas i mówią, że mieli duże trudności z podjazdem. Myśleli, że już nie podjadą i byli bardzo  zdenerwowani. Nam również się udało – nie musieliśmy rozczepiać przyczep i szukać względnego miejsca do zawrócenia. A i tak straciliśmy prawie pół godziny. Słońce już zaczyna chować się za te piękne ośnieżone góry. Powietrze jest tak czyściutkie, że aż się chce oddychać, nigdy jeszcze nie doznałem takiego odczucia.

opowiadania ciezarowka do iranu 11-11

Wsiadając do mojej zimnej kabiny, znowu chwytam za palącą się butlę i muszę podgrzewać przednią szybę. Po wygrzaniu małego okienka  zaczynamy zjeżdżać z góry. Jadę prawie jak w czołgu i to jeszcze nieogrzewanym. Droga jest tak wąska, że niekiedy duże samochody miały by trudności z minięciem się, a przy tym miejscami są bardzo duże spady. Zjeżdżam czwartym biegiem używając prawie cały czas  hamulca zasadniczego, a ciężar ładunku i samochodu spycha z tej góry niesamowicie. I tak sobie pomyślałem, dlaczego akurat  mnie to spotkało, że ten silniczek od nadmuchu nagrzewnicy musiał się teraz przepalić, akurat w tak ekstremalnych warunkach zimowych. Po prostu mam pecha, ale mam nadzieję, że to przeżyję.

opowiadania ciezarowka do iranu 11-12

Po ujechaniu kilkunastu kilometrów z tej wysokiej góry mijamy malutką wioskę składającą się z kilku zabudowań i po przejechaniu jeszcze kilku kilometrów  dojeżdżamy do małej miejscowości Erkant, gdzie jest stacja paliwa i można tankować na żetony DKV. Wiedziałem że Jacek Marian i Piotr tankują tylko na żetony, bo nie mają pieniędzy. Władek i ja tankujemy za pieniądze. Ostatnio tankowaliśmy w Hamilkhali do pełnego zbiornika, a teraz widzę, że na moim wskaźniku jest już mało paliwa, a więc ja też zatankuję. Na stacji wlałem 30 litrów nafty i do pełna oleju napędowego. Ku mojemu zdziwieniu weszło aż 350 litrów – nie do wiary, bo przejechałem tylko 270 kilometrów! Faktem jest, że silniki nie są wyłączane na noc, a to zjeżdżanie i wciąganie kolegów na pewno  ma duży wpływ na zużycie paliwa. Olej napędowy gęstnieje jak smalec, pomimo założonych żarówek reflektorowych w zbiornikach. Te palące się żarówki na pewno dużo dają, ale zewnętrzna niska temperatura też czyni swoje. Ja z Władkiem zatankowaliśmy bez problemu natomiast koledzy nie, bo mają żetony DKV, a nie ma szefa i nie zezwolono na zatankowanie. Nie mamy innego wyjścia i musimy czekać aż wróci szef i da zezwolenie lub nie. A wiec musimy czekać. Nie możemy zostawić tych naszych dziadków, bo co oni by bez nas zrobili? Po czterech godzinach oczekiwania przyjechał szef i po długich przekonywaniach zatankowali, ale każdy z kolegów musiał zostawić mu 30 litrów paliwa i dodatkowo po paczce Marlboro. Taki tutaj panuje zwyczaj, w tych kurdyjskich górach, szef jest tutaj osobą bardzo znaczącą, i bez jego zgody koledzy nie dostaliby paliwa, nawet pomimo faktu, że nie są to samochody prywatne. Widać to po napisach na kabinach, a tych samochodów na pewno tankowało się już wiele, co jak wiadomo tutejsi biznesmeni wykorzystują bezlitośnie.

Po zatankowaniu postanowiliśmy, że dzisiaj już nie pojedziemy i zapytaliśmy szefa, czy możemy tutaj przenocować. Oczywiście szef  wyraził zgodę na parkowanie i przenocowanie. Zrobiło się już ciemno i nie było sensu jechać w tych nie znanych górach. Ustawiamy się na tym małym parkingu obok spalonego angielskiego samochodu, który wiózł dary do Iranu. Jak się później okazało kierowca zlekceważył tutejszą zimę i zgasił silnik na noc gdyż miał osobne i niezależne ogrzewanie kabiny. Rano już nie odpalił  zimnego  silnika, ale widząc jak to robią tureccy kierowcy, wstawił pod zbiornik kubeł z palącym się starym olejem i usiadł sobie w ciepłej kabinie, oczekując aż podgrzeje się paliwo w zbiorniku. Nie zauważył jednego, że tureccy kierowcy mieli poodkręcane wlewy paliwa. No i nastąpiło duże przegrzanie paliwa w zbiorniku i w efekcie eksplozja. Na szczęście kierowcy nic się nie stało, zdążył wyskoczyć z palącego się samochodu i zdążyli odczepić przyczepę oraz ją odciągnąć. Natomiast samochód spalił się doszczętnie. A zdarzyło  się to tydzień przed naszym przyjazdem. Wrak tego samochodu wyglądał strasznie, spalona kabina, cała skrzynia ładunkowa i opony. Takie są niekiedy nieszczęścia, jak się czegoś nie przemyśli.

My dzisiaj już też jesteśmy trochę zmęczeni. Trudna była ta dzisiejsza droga. Na termometrze jest -32. Ja dzisiaj znowu będę spał u Władka, zabierając z sobą butlę z gazem, dokumenty, i jedzenie. A po kolacji zabiorę się do pisania zaległych wspomnień, gdyż nie jest jeszcze tak późno,  dopiero godzina 20 naszego czasu. Zabierając się do pisania Władek chce abym mu przeczytał co napisałem o wczorajszym dniu, po przeczytaniu mówi, że naprawdę miałem dużo szczęścia, że te hamulce nie zamarzły mi na tej górze, bo to byłby dopiero. Władek też stwierdził, że jest ciekawy czy dokończę pisać ten pamiętnik, aby mógł go kiedyś przeczytać i obejrzeć zdjęcia, które robię. Władek zabrał się do opisania tarczki i karty drogowej, a ja do opisywania dnia dzisiejszego. W międzyczasie Władek umył się i zrobił małego drinka oraz uszykował po trzy ząbki czosnku przeciw przeziębieniu. I tak zrobiła się godzina 22.30, a więc czas się kłaść spać. Dzisiaj w 12 godzin pracy przejechaliśmy 50 kilometrów.

Orientacyjna mapa dzisiejszej trasy:


Autorem tekstu jest Adam Frąckowiak, którego osobę przedstawiałem we wstępie dostępnym TUTAJ. Seria tekstów o transporcie do Iranu powstaje dzięki pomocy Niezależnego Forum Nowego Tomyśla i okolic.


Kolejny odcinek: Wspomnienia z trasy do Iranu w barwach PEKAES Warszawa – część 12

Poprzednie odcinki – TUTAJ


Ten wpis ma 4 komentarzy

  1. filippo napisał(a):

    ” Niestety nasi koledzy cały czas siedzieli w swoich ciepłych kabinach i tylko się nam przyglądali kiedy usuniemy awarię. Smutne to jest, ale co zrobić, tacy to już jesteśmy.”

    Jak to się ma do tych opowieści weteranów o tym że kiedyś było lepiej bo wszyscy sobie pomagali i każdy mógł na każdego liczyć??? Jedna firma, jedna ekipa i ciągła pomoc przy wciąganiu na góry a oni siedzą w ciepłych kabinach i nie pomagają?

    “A więc golimy się i myjemy, żeby nie wyglądać jak te dzikusy i zabieramy się do szykowania śniadania”

    Wtedy nie było prysznica na każdej stacji czy wielu firmach a można było się umyć o czym wielu z obecnych “truckerów” nie pamięta 😉

  2. Ukasz napisał(a):

    Za duże są odstępy miedzy dodawaniem kolejnych odcinków i już człowiek nie pamięta co było ostatnio 🙁

    • Dominik napisał(a):

      Kolego masz rację czekam od części do części i każdą cześć czytam z ciekawością powiem szczerze przejechał bym się w taką trase

  3. Pawel napisał(a):

    Ha ha dlaczego mnie to nie dziwi z tym angielskim kierowca… a swoja droga widzialem jakis czas temu na szkockiej indrustiali z dwie stare naczepy opisane “pomoc dla iranu” moze to z tej samej firmy…

Odpowiedz





Dane wpisane w formularzu będą przetwarzane w celu dodania komentarza zgodnie z naszą polityką prywatności.