banner2
Opublikowane 13 mar, 2016

Wspomnienia z trasy do Iranu w barwach PEKAES Warszawa – część 26

Marzenia się spełniają – Wspomnienia z pierwszej jazdy do Iranu

Część 26

26 stycznia, środa

Rano budzi nas dosłowne walenie w drzwi, jakie było poprzedniej nocy w Tabritz. Zerwaliśmy się z Władkiem nie wiedząc o co chodzi, co się stało. Przez głowę przeleciała mi myśl, że mój silnik nie chodzi, a my zaspaliśmy. Ale walenie nie ustaje i nagle słyszymy ochrypły głos wołający po polsku,  czas na wstawanie i odprawę. Wstawać!! Patrzymy na zegarek tachografu,  jest dopiero godzina 6 naszego czasu,  umówiliśmy się, że śpimy do godziny 8. Zdenerwowany Władek spogląda przez okno i widzi jak pijany krzykacz się zatacza. Marian – bo taki daliśmy mu pseudonim – stał z  przekręconą czapką pekaesowską na głowie, mając rydel prawie nad prawym uchem, z rozpiętym płaszczem, a w ręce trzymał teczkę z dokumentami. Krzycząc do nas, że czas na odprawę i trzeba jechać dalej. Wygoniliśmy go i kazaliśmy mu się położyć. Po śniadaniu ze spokojem poszliśmy się odprawiać. Była już godzina 9.00, no i tam dowiedzieliśmy się wszystko od policji. Pokazali nam jego wszystkie dokumenty, mówiąc, że nie będzie mógł wyjechać wcześniej jak o godzinie 12.00. Zgodziliśmy się z nimi, jednocześnie przepraszając policję za wybryk naszego kolegi. Jak się później okazało to pił on z Bułgarem i nic przy tym nie śpiąc poszedł na Urząd Celny. Policja zabrała mu wszystkie dokumenty wraz z paszportem. Przykre to jest, co usłyszeliśmy od policji o naszym koledze. Nie wiedziałem, że w tak porządnej firmie pracują tacy głupcy, bo inaczej nie można tego nazwać. Nie wszyscy mogą wódkę pić. Po tej odprawie idziemy do naszego  spedytora Turtransa, a żeby popłacić wszystkie opłaty wjeżdżając do Turcji. Tutaj też spotykamy kierowców od nas ze Śremu, którzy jadą do Teheranu. Jest ich trzech, czyli trzy samochody, wszyscy z jajami, czyli trzy chłodnie. Są brudni i zarośnięci. Mieli wiele przygód po drodze. Mówią, że droga aż tak najgorsza nie była. Tylko ten mróz dawał  im się we znaki, ponieważ zamarzało paliwo w agregatach oraz zamarzały przewody hamulcowe. Mróz dochodził do minus 35 stopni. Po wymianie  informacji koledzy ruszają na granicę irańską. My natomiast musimy czekać do godziny 12.00, aż się wyśpi i odprawi krzykacz. On teraz jeszcze na pewno mocno śpi. Pogoda jest ładna nie ma dużego mrozu. Tutejszy termometr wskazuje minus 18 stopni, czyli ma się ku wiośnie. Natomiast słońce już  mocno przygrzewa. Teraz ja wykorzystałem tą  sytuację i opisałem trochę wczorajszy dzień. O godzinie 12        zrobiliśmy pobudkę naszemu krzykaczowi, którego długo musieliśmy budzić, pukając w drzwi jego samochodu, bo teraz tak mu się dobrze śpi. Po pobudce krzykacz poszedł się odprawiać. Po odprawie, nic nie uzgadniając i nie czekając na nas, ruszył sam w drogę. Byliśmy mocno zdziwieni jego postępowaniem. Ale to w końcu jego decyzja. Po około 15 minutach wyjeżdżamy i my. Na drodze leży cienka warstwa ujechanego śniegu tworząc ślizgawkę, a na poboczach gruba warstwa śniegu.

opowiadania ciezarowka do iranu 26-1

Droga jest płaska, równa, ale nie można jechać szybciej jak 50 kilometrów na godzinę, gdyż samochód zaczyna tracić przyczepność. Po ujechaniu około 30 kilometrów widzę stojący samochód chłodnię po prawej stronie, po podjechaniu bliżej widzę, że jest to samochód krzykacza.  Widocznie przemyślał sprawę i się opamiętał, no i poczekał aż my dojedziemy. Wjechał do kolumny jako przed ostatni. I tak jadąc znowu już w komplecie dojechaliśmy do Dogubayazit pierwszego punktu policyjnego, na którym to musimy się zgłaszać, aby podstemplować karty policyjne. No i tutaj wyhaczył  nas przedstawiciel Turtransa, który oświadczył nam, że musimy zaciągnąć jugosłowiańską przyczepę na granice do Gurbulaku. Bo w przeciwnym wypadku nie da nam zezwolenia na dalszą drogę. Nie było innego wyjścia, więc odczepiłem przyczepę, zaczepiając jugosłowiańską i jazda z powrotem na granice oddaloną o 50 kilometrów. Niestety koledzy musieli na nas poczekać. W tej drodze towarzyszył mi Władek, ponieważ samochód był pusty a przyczepa załadowana. Droga jest bardzo oblodzona i są niewielkie wzniesienia, ale z tą załadowaną przyczepą, która ma trochę wyrobiony zaczep i lekko pooszarpuje, jedzie się bardzo niedobrze. W związku z tym mogły na nas czekać jakieś nieprzewidziane przygody, ponieważ była maksymalnie załadowana. Jechało się bardzo niedobrze, prawie rządziła przyczepa, dobrze, że nie było większych podjazdów i zjazdów, bo nie wiem jak by to się skończyło.  Droga była bardzo śliska.

opowiadania ciezarowka do iranu 26-2

Po szczęśliwym zaciągnięciu i zdaniu dokumentów mogliśmy wracać. Po powrocie otrzymałem dokumenty na dalszą  jazdę przez Turcję. Przy wyjeździe z miasta, na poboczu drogi stoją, mali chłopcy, którzy trzymając w jednej ręce karton po papierosach, a w drugiej pieniądze wymachują nimi, podbiegając do samochodu nadjeżdżającego lub stając przed nadjeżdżającym  samochodem. Jest to bardzo niebezpieczne, gdyż droga tutaj  jest bardzo śliska. Dosłownie sam lód. Jednego z nich o mały włos bym potrącił. Ponieważ po lewej stronie zatrzymał się Bułgar, a mały handlarz nie zauważył mnie i chcąc podbiec do samochodu bułgarskiego wyskoczył przed mój samochód, zdążyłem tylko zatrąbić, bo na tej śliskiej drodze o zahamowaniu nie było mowy. Chłopak w ostatniej chwili odskoczył, dobrze, że się nie poślizgnął ,bo miałbym na pewno kłopot. Tak to jest gdzie ludzie aby żyć, muszą coś zahandlować. Takie to są uroki życia w Turcji. A właściwie to w dawnym Kurdystanie. Droga cały czas jest mocno zaśnieżona i wieje boczny wiatr nawiewając śnieg na drogę. Pogoda jest piękna.

opowiadania ciezarowka do iranu 26-3 opowiadania ciezarowka do iranu 26-4 opowiadania ciezarowka do iranu 26-5

Kilkanaście kilometrów dalej przejeżdżam przez małą wioskę zasypaną śniegiem. Przejeżdżając przez nią tak sobie pomyślałem, jak ci ludzie spokojnie tutaj sobie żyją. Prawie odcięci od świata, prądu nie mają, wiadomości również, a więc życie bez nerwów.

opowiadania ciezarowka do iranu 26-6

Jadąc tak dalej znowu można podziwiać te piękne krajobrazy, tych pięknych ośnieżonych gór na tle niebieskiego nieba. Droga wije się między górami. Jak na razie są to tylko małe wzniesienia . Ale po jakimś czasie przed nami widać długi podjazd. Zatrzymuję się i zakładam małe łańcuchy. Władek też nie ryzykuje i również zakłada łańcuchy. Koledzy nie muszą, bo mają podnoszoną oś i mają lepsze dociążenie.

opowiadania ciezarowka do iranu 26-7 opowiadania ciezarowka do iranu 26-8

I dobrze, że założyliśmy te małe łańcuchy, bo na pewno byśmy nie podjechali, bo i tak, pomimo założonych łańcuchów, mieliśmy trudności z podjechaniem. Po wjeździe na szczyt stał napis, że jesteśmy na wysokości 2040 m npm. W kabinie mam już bardzo zimno. A teraz muszę jeszcze zjechać, co jest trudniejsze jak podjazd. Dobrze, że tutaj na drodze nie jest śnieg tak bardzo  ujechany jak był niżej. Zjeżdżam czwartym biegiem, a i tak samochód próbuje się ustawić bokiem, gdyż przyczepa robi swoje. Dodatkowo raz po raz hamuję hamulcem zasadniczym. W kabinie zrobiło się znowu bardzo chłodno, nie mając dobrego nawiewu. Na termometrze jest minus 23 stopnie. Po zjechaniu z tej góry droga jest nadal oblodzona, ale nie ma już tego śniegu, i tutaj droga jest trochę szersza,  idzie wzdłuż zamarzniętej rzeki. Więc się zatrzymałem, Władek również i pozdejmowaliśmy te małe łańcuchy, gdyż trzeba je oszczędzać, bo na pewno będą jeszcze potrzebne.

opowiadania ciezarowka do iranu 26-9 opowiadania ciezarowka do iranu 26-10

No i tak dojeżdżam do miasta Agri, leżącego na wysokości 1632 metry npm.  Ni stąd ni z owąd pojawiła się mgła która zalega nad ziemią nie wyżej jak trzy cztery metry, a wyżej jest już niebieściutkie niebo.

opowiadania ciezarowka do iranu 26-11

Wjeżdżając do Agri mgła ustąpiła.  Teraz widać, że miasto jest dość duże, w którym to znajduje się wiele meczetów ze strzelistymi wieżami oraz wiele starych  zabytkowych budowli. Swym wyglądem przypomina mi Bagdad. Ruchu samochodów na ulicach nie ma, ale za to widać starych Turków z długimi siwymi brodami, oraz turbanami na głowach, jadących na osłach lub mułach. Natomiast za miastem zobaczyłem tutejszych tubylców dosiadających jednogarbne wielbłądy. Było to dla mnie dużym zaskoczeniem. Takie to już są uroki bliskiego wschodu. Wyjeżdżając z miasta wjeżdżam w olbrzymią dolinę, droga jest bardzo znowu  zaśnieżona co widać po słupku przydrożnym.

opowiadania ciezarowka do iranu 26-12

Jadąc dalej przez te zaśnieżone góry przejeżdżam przez zaśnieżoną małą wioskę składającą się z kilku zabudowań, z charakterystycznymi zapasami siana lub suchej trawy dla zwierząt. I tutaj również nie ma prądu, gdyż nie widać słupów z przewodami. Trudne mają tutaj życie bez prądu, na pewno jest to życie biedne. Chociaż oni są do takiego życia na pewno  przyzwyczajeni. Ale za to prowadzą tutaj życie spokojne.

opowiadania ciezarowka do iranu 26-13

Na niebie pokazał się już księżyc oraz migające pierwsze gwiazdy. Jedzie się ładnie i mam już znowu ciepł w kabinie. Po ujechaniu kilkudziesięciu kilometrów zbliżamy się do miasta Eleskirt.  A na horyzoncie znowu  pokazały się potężne ośnieżone szczyty gór. Na pewno droga będzie trudna. Przed nami jest  mała miejscowość o nazwie Tahir, i teraz przypomniało mi się, że jest to najwyższa przełęcz na tej trasie, o której mówił nam szef stacji paliwowej w Horasanie, jak jechaliśmy do Iranu. I znowu nie będę mógł zrobić zdjęcia, gdyż jest już prawie ciemno. Zatrzymaliśmy się i pozakładaliśmy małe łańcuchy. Przełęcz ta jest na wysokości 2315 metrów n.p.m. Prawie jak nasze Rysy w Tatrach. Zaczynamy wjeżdżać pod pierwszy długi podjazd i okazuje się, że samochód krzykacza zostaje z tyłu. Pozostałe samochody wjeżdżają na  górę i czekamy na mądralę. Po dłuższym czasie dojechał, i  jak się okazało to zaczęło mu zamarzać paliwo, no i z wielkim trudem i dużymi oczami, wjechał na szczyt, na którym myśmy wszyscy na niego czekali. Bał się ogromnie, że go zostawimy w tych górach i nie będziemy na niego czekali.  Było już minus 28 stopni i nastała noc . Księżyc na niebie świecił jasno, a na niebie mrugały miliony gwiazd. Piękny jest ten świat w tych zaśnieżonych górach. Cisza, spokój, nikt nie jedzie, tylko my stoimy i słychać nasze mruczące silniki. Nic w tej nocy tutaj nie zrobimy, bo  nasze latarki już nie świecą, więc nie było mowy o jakiejkolwiek naprawie. Nie pozostało już nic innego jak założenie liny i wciąganie mądrali na pozostałe góry. No i tak zrobiliśmy, że Piotr wciągał mądralę na górę, a z góry mądrala już jak zjeżdżał, to hamując hamulcem nożnym hamował zbyt raptownie doprowadzając do zerwania grubej liny holowniczej. No i teraz okazało się  jakiej klasy jest to szofer. Lina była już dwa razy zerwana i ponownie związana była długości około 3 metrów. No i bał się na niej wjeżdżać i zjeżdżać, mówiąc, że to nie jest na jego nerwy i chciał, a żebym ja jechał jego samochodem, a on pojedzie moim. No i tak zrobiliśmy. Ja nawet się ucieszyłem, bo się trochę ugrzeję. A on jak tak chce, to niech marznie w mojej kabinie. Będzie mnie ciągnął Piotr swoja chłodnią, a u mnie silnik będzie tylko pracował na wolnych obrotach aby mieć powietrze w układzie hamulcowym. Jedynie na zjazdach będę trochę hamował silnikiem i hamulcem. No i tak ruszyliśmy, ależ było przyjemnie i ciepło w tej kabinie, aż się chciało jechać, bo tutaj była sprawna dmuchawa. A krzykacz jak tak chciał to niech teraz marznie w moim samochodzie, bez sprawnej nagrzewnicy. Teraz krzykacz będzie siedział, jak w przysłowiowej lodówce. Ale sam tego chciał. Po wciągnięciu mnie znowu na długi podjazd zaczęliśmy zjeżdżać w dół i teraz ja z kolei musiałem trzymać samochód na naprężonej linie, żeby nie nabrać niebezpiecznego rozpędu. Ujechaliśmy tak z 5 kilometrów i zauważyłem, że zaczynają się dymić u mnie hamulce. Więc dałem Piotrowi znać długimi światłami, a żeby się zatrzymał, bo dalsza jazda mogła by nas narazić na niepotrzebną awarię. Ponieważ zapaliły się już szczęki hamulcowe i bębny rozgrzały się do czerwoności i mogłyby wystrzelić przegrzane opony. Odczepiliśmy linę i ruszyłem sam z góry. Cały czas jadąc na włączonym biegu, hamując tylko silnikiem, nie używając hamulca nożnego. Ujechałem tak może z 2-3 kilometry i hamulce przestały się kopcić. Pod małe wzniesienia podjeżdżałem sam o własnych siłach, natomiast pod duże i długie wzniesienia wciągał mnie już znowu Piotr. I tak wjechaliśmy na najwyższy szczyt, gdzie na tablicy  widniał  napis, że jesteśmy na wysokości 2315m n.p.m. Poczekaliśmy aż wszyscy wjadą, a w międzyczasie odczepiłem linę i znowu będę zjeżdżał sam. Po dojechaniu kolegów, ruszyłem pierwszy w dół. Zjeżdżając z tej góry, raz po raz używałem hamulca nożnego, aby nie nabrać zbyt dużej szybkości. Pięknie te góry wyglądają przy tym blasku księżyca, jest to niesamowity urok w nocy tych ośnieżonych gór. Zjeżdżając z tej góry co jakiś czas samochód tracił przyczepność. Niekiedy są odcinki bardzo stromo opadające w dół i wtenczas samochód bardzo szybko nabiera rozpędu i traci przyczepność. Jadąc pod gorę jadę w miarę możliwości jak najwyższym biegiem, aby silnik miał jak najniższe obroty i aby starczyło paliwa. Raz po raz czuję jak nie ma czym podjechać, po prostu brakuje paliwa. I tak sobie pomyślałem jak radzi sobie z moją zośką krzykacz. Wyjeżdżając z tych gór widać łunę na niebie, a więc to chyba jest Horasan. Droga stała się równa, ale jest zasypana śniegiem. No i tak  dojechaliśmy do tego Horasanu, gdzie jadąc do Iranu przeżyliśmy ten straszny, 43 stopniowy mróz. Dzisiaj już nie ma takiego mrozu, jest tylko minus 35 stopni, a to już jest duża różnica. Po ustawieniu się na parkingu przy tej samej stacji paliw, na której nocowaliśmy jadąc do Iranu. Wysiadłem z tego cieplutkiego samochodu, idąc do mojej lodówki, w której to jeszcze siedzi krzykacz. Otwarłem drzwi i widzę jak krzykacz coś mówi do mnie, ale nic nie zrozumiałem, jest tak zziębnięty i skostniały, że nie może sam wyjść z samochodu, szczękając zębami i mówiąc coś nie wyraźnie. Jeszcze trochę to by chyba zamarzł w czasie jazdy, ponieważ musiał mieć otwarte okno, gdyż zamarzała  przednia szyba. Pomogłem mu wyjść z tej lodówki, był naprawdę zmarznięty, ponieważ nie miał ubranych ciepłych kaleson oraz ciepłych koszul tak jak ja. Po jakimś czasie gdy już trochę odtajał, siedząc w swoim ciepłym samochodzie to nie mógł uwierzyć, że ja już tak jadę trzy tygodnie i, że jeszcze żyję. Niestety nie mam innego wyjścia, ponieważ tutaj w Turcji byłby to na pewno duży koszt naprawy nagrzewnicy, byłby problem w zajezdni z powodu poniesionych kosztów, i mógłbym posiedzieć w kanale miesiąc lub dwa na warsztacie. A przecież nie na tym rzecz polega. No i też nie  mogę czekać do wiosny, aż się trochę ociepli. A z resztą, ja już się przyzwyczaiłem do tej mojej lodówki. I tak sobie pomyślałem, że Polacy wywiezieni na Syberię też musieli dawać sobie radę aby przeżyć. Nie jedli ciepłej strawy oraz nie spali w tak komfortowych warunkach jak ja u kolegi. A więc nie jest aż tak źle, i nie ma co narzekać. Piotr który jechał za mną mówił, że bębny hamulcowe były aż czerwone i że paliły się okładziny hamulców gdyż wydobywał się już ogień. Po ujechaniu około jednego kilometra bębny zdążyły wystygnąć, a okładziny przestały się palić. Dobrze, że tak się to skończyło. Dzisiaj już nie tankowaliśmy, tylko dolaliśmy nafty do zbiorników i znowu podstawiliśmy kubły z palącym się starym olejem. Gdyż zamiast ropy z dystrybutora wylatywały same burzowiny. Tak była zmarznięta ropa w zbiornikach. Od szefa dowiedzieliśmy się, że rano będzie dobrze, ponieważ na noc włączy podgrzewanie zbiorników. Ustawiliśmy się tym razem tyłem do wiatru i zabieramy się do kolacji, a tutaj gaśnie silnik Władkowi. Zjedliśmy szybko kolację i do roboty. Próbujemy podnieść kabinę, ale ona ani drgnie. Więc pochodnia idzie w ruch. W końcu się udało. Po podniesieniu kabiny próbujemy odkręcić filtr paliwa, ale on trzyma mocno. Przebić go już nie możemy, ponieważ nie mamy zapasowego filtra. Więc po paru kombinacjach wreszcie go odkręciliśmy. Wygrzewając nad palącym się kubłem wlatuje z niego sama parafina. Niestety irańskie paliwo posiada bardzo dużo parafiny i nie jest przystosowane do tak niskich temperatur. Teraz to już mamy trochę doświadczenia. Po założeniu wygrzanego filtra i odpowietrzeniu silnik znowu zapalił. Cała ta operacja trwała około jednej godziny. Jutro to samo trzeba zrobić z samochodem krzykacza. Na termometrze jest minus 36 stopni. Jest to już dużo cieplej jak byliśmy tutaj poprzednio. Teraz idziemy się umyć i ugrzać do restauracji. Wchodząc z takiego mrozu do ciepłego pomieszczenia wydaje się, że jest tutaj naprawdę bardzo ciepło. Ale już po jakieś pół godzinie tak ciepło nie jest. Tylko siedząc przy kubusiu odczuwa się to ciepło. Wokół ciepłego kubusia siedzi kilku tureckich kierowców, szef i nasi koledzy. Zjedliśmy jeszcze po kilka smażonych rybek podobnych do naszych szprotek oraz wypiliśmy ciepły czaj. No i w ten czas szef sobie przypomniał nas jak jechaliśmy do Iranu, zatrzymując się u niego. Szef był bardzo zadowolony żeśmy znowu do niego zajechali, bo wiadomo, że sprzedając paliwo sporo zarobił. Sama restauracja i jej zaplecze wyglądają bardzo biednie. U nas w kraju na pewno nie miała by szans egzystencji. Ale my i tak byliśmy zadowoleni, że mogliśmy się umyć, coś ciepłego przegryźć i wypić ciepły turecki czaj, nie patrząc na warunki sanitarne lokalu. Teraz już nie mieliśmy rozgrzewającego spirytusiku, co zauważył szef. Zapłaciliśmy po 200 TL, czyli po jednym dolarze i dwudziestu centach, było to bardzo tanio. Teraz to już idziemy spać do naszych trzęsących się domków. Dochodzi godzina 24 naszego czasu. Dzisiaj znowu śpię u Władka.

Dzisiaj przejechałem 298 kilometrów i przepracowałem 15 godzin.

Orientacyjna mapa dzisiejszej trasy:


Autorem tekstu jest Adam Frąckowiak, którego osobę przedstawiałem we wstępie dostępnym TUTAJ. Seria tekstów o transporcie do Iranu powstaje dzięki pomocy Niezależnego Forum Nowego Tomyśla i okolic.


Kolejny odcinek: Wspomnienia z trasy do Iranu w barwach PEKAES Warszawa – część 27

Poprzednie odcinki – TUTAJ


To może Cię zainteresować:

WYKOP ten tekst!

Ten wpis ma 9 komentarzy

  1. marcin pisze:

    Witam
    mnie tylko zastanawia jedna rzecz
    jaka byla rentownosc takich wyjazdow?

    Czytam kazdy odcinek z ciekawoscia

    Czy na powrocie cos Pan zaladuje czy do Polski na pusto?

    pozdrawiam

    • Filip (autor 40ton.net) pisze:

      Do Polski na pusto. Rentowność być musiała, bo w tamtych czasach cała Europa jeździła na Bliski Wschód, w tym wszyscy „prywaciarze” z Zachodu.

  2. egon pisze:

    cena 1 frachtu była na poziomie 10 tys marek niemieckich ,nie było wielkich kosztów i opłat , paliwo dośc tanie tylko w tamtych latach problemem były auta a dokładniej ich cena za zestaw trzeba było zapłacic ponad 250 000 dm , co do artykułu niestety znowu amatorka w kazdym calu – skad oni brali tych kierowców ? mróz -35 /-40 to nic nadzwyczajnego kilka prostych patentów i jesteś gość -sam robiłem kazachstan i autonomiczną republike buriatti w w zimie – 3 metry gumowego węża f 100 -ratuje zycie -nakładasz wąz na rure wydechową a drugi koniec kierujesz na zbiornik paliwa – paliwo jest podgrzewane , druga sprawa tzw kopyto -2 opaskami mocujesz do kolektora wydechowego -zanim paliwo dojdzie do pompki i filtra jest nagrzewane na wydechu , mozna zamontowac drugie kopyto na powrocie ,czasem jak mróz przekroczy -45 stosowalo sie przewód od kolektora wodnego -przeciagajac do zbiornika paliwa a drugi koniec spowrotem do kolektora -silnik pracuje -płyn goracy podgrzewa paliwo w zbiorniku -tego nauczyli mnie rosjanie , stosuje sie palace żarowki ,zeby pozbyc sie wody z paliwa wystarczy zwykły łańcuch , nie mając zapasowego filtra wystarczy go odkręcić i srubokretem zrobic od góry wieksze dziury takich sposobów jest setki , piszą ,ze nie mieli sprawnych latarek – ludzie wystarczy zwykła oprawka i zarówka 12/24 v -przewód do akumulatora i gotowa przenośka , pisza o porwanych linach palących hamulcach – totalna masakra -pamietam że każdy kierowca z bułgarii mial ze soba przynajmniej 3 metrowy hol montowany do naczepy i ucho na naczepie do holowania

  3. ASP pisze:

    Egon domniemywać należy, że zanim ci Rosjanie pokazali ten patent to też byłeś wg. nich amatorem .Autokrytyka jest najtrudniejsza. A wylot wydechu w tamtych Fiata miał 125 cm. Kolejny raz ponownie pytanie ze wcześniejszych moich komentarzy. Masz jakieś zdjęcia z tych wypraw?

  4. Towarzysz M pisze:

    Egon to już kolejny wpis w którym krytykujesz Pana Adama. Pan Adam opisuje wyprawe do Iranu i przygody jakie go spotkały być może mógłby pare rzeczy zrobić lepiej.. ale warunki były takie a nie inne i tak wszystkie problemy rozwiązali..
    Egon jeżeli tyle czasu spędziłeś w Rosji, Kazahstanie i jesteś taki fachowiec to napisz jak ruski „destylują” bimber przy 30 stopniowym mrozie nie używając ognia. Jeżeli wiesz napisz to uwierzę że byłeś na Syberi zimą

    TowarzyszM

  5. egon pisze:

    oczywiście nie krytykuje adama tylko pisze ,że dla mnie to amatorka ktora moga sie zachwycać co najwyżej dzieciaki albo posiadacze kwalifikacji – nie mylic z kierowcami , asp koleo mam pełno zdjęc pewnie za jakis czas wrzuce , co do bimbru na syberii to wiadomo co najmniej 70 % nie zamarznie tak szybko -do destylacji używają wegla aktywnego im zimniejszy bimber tym lepszy- musiałem to pic nie raz nie mozna było odrzucić gościny miejscowych -pozdrawiam wszystkich i miłego dnia

  6. kola pisze:

    egon , w tym czasie na bazach PKS- ów brakowało części , a mowa żeby kierowcy mieli ich po kilka w aucie? jugole czy Bułgarzy nie mieli takich dużych problemów jak my.

  7. egon pisze:

    kola zgadzam sie z tobą , że oficjalnie brakowało częsci , ale wiem z własnego doświadczenia litr wódki albo kilka usd z diety potrafiło zdziałac cuda – kto chciał mieć sprawny wóz jeżdzic i zarabiać musial płacić albo stawiać w każdej bazie był magazyn części , ktore były deficytowe ale to nie znaczy ,że nie do zdobycia – niestety takie były czasy ,

  8. TowarzyszM pisze:

    Egon ..jednak nie wiesz jak sie „pedzi” bimber na syberii zimą…gdy już mamy zacier bierzemy aluminiową miske wystawiamy na mróż min -20 stopni czekamy ok 15 min i przlewamy zacier powoli po sciankach miski, woda zamieni sie w lód a spirytus scieknie niżej, kikakrotnie powtarzamy operacje i bimberek gotowy. Żadenego aktywnego węgla nie potrzebujemy…skoro nie wiesz jak „pędzić ” bimber na syberii bez używania ognia zaczynam mocno wątpić czy kiedykolwiek byłeś u Towarzyszy

Odpowiedz