OFERTY PRACYKONTAKT
rekrutuj 40ton665
Opublikowane 24 Styczeń, 2016

Wspomnienia z trasy do Iranu w barwach PEKAES Warszawa – część 18

Marzenia się spełniają – Wspomnienia z pierwszej jazdy do Iranu

Część 18

18 stycznia, wtorek

Rano budzi mnie jakieś inne pukanie do drzwi. Patrzę na zegarek, jest godzina 4.45. Jest już jasno. Po chwili znowu to samo pukanie. Spoglądam przez oszroniałe okno i widzę tego samego małego chłopca, który dostał wczoraj paczkę papierosów. Patrzy na mnie i pokazuje ruchem ręki jakby palił papierosa jednocześnie mówiąc: „mister sigaret”. Bardzo mnie zaskoczyło zachowanie i obyczaje tutejszych mieszkańców, więc powiedziałem małemu żeby sobie poszedł i przyszedł za godzinę.  Chyba zrozumiał i odszedł wchodząc przez tą samą żelazną bramę, co wczoraj wchodziły trzy kobiety i mężczyzna. A ja jeszcze się położyłem, bo w tym moim śpiworze jest tak cieplutko. Po co tak wcześnie wstawać, a dzisiaj na pewno dojedziemy już do Teheranu. Leżąc tak sobie myślę, jacy to tutaj są ludzie. Dając im coś gratis to chyba myślą, że tak mogą otrzymywać zawsze coś za darmo. Widocznie takie panują tutaj zwyczaje. Po chwili jednak się zastanowiłem, że na tutejszy czas jest 7.15 a więc najwyższy czas do pracy. Ale leżąc tak w tym ciepłym śpiworze już nie zasnąłem, a myślami poleciałem do kraju, gdzie na pewno jeszcze mocno śpią moi synowie Sławek i Szymon oraz żona Halinka. Oni nie muszą tak wcześnie wstawać. Chłopcy chodzą do szkoły na godzinę 8.00. A na dojście do szkoły wystarczą im 3 minuty, ponieważ mieszkamy na ulicy 3 stycznia u państwa Janki i Andrzeja Wojtkowiaków, u których nam się bardzo dobrze mieszka i oni wszyscy na pewno jeszcze śpią.

Poleżałem jeszcze trochę i wstaję o godzinie 6.00 naszego czasu. A na  czas miejscowy jest już godzina 8.30. Spoglądam na termometr przez oszroniałe okno i widzę, że jest minus 15 stopni. A więc trochę chłodno, więc napaliłem w moim piecyku. Po porannej toalecie szykuję sobie śniadanie i znowu słyszę to samo pukanie do drzwi. I tak przez głowę przeleciało mi, że to na pewno ten mały Pers. I rzeczywiście, stał przy drzwiach, a w ręku trzymał 10 riali i prosi o jedną paczkę papierosów. Więc dałem jemu paczkę papierosów biorąc te 10 riali. Jak się później okazało to dostał paczkę papierosów za pół ceny. Ale co zrobić, tak to już nieraz jest, ja nie zbiedniałem, a „Lechistan”, bo tak na nas mówią w Iranie, znowu zyskał dobre imię. Ale co zrobić widocznie taki mój los. Teraz jest czas na zakup paliwa dla miejscowej ludności. A więc mam czas na spokojne uszykowanie i zjedzenie śniadania.  Po zjedzeniu śniadania przyszli koledzy, aby wspólnie uzgodnić wyjazd do ostatniego etapu podróży, ale przed tym trzeba się jeszcze zatankować. Uzgodniliśmy, że jedziemy bardzo blisko siebie i w żadnym wypadku nie możemy stracić kontaktu z samochodem kolegi jadącym za nami. A w razie czego zatrzymujemy się za skrzyżowaniem i czekamy aż wszyscy dojadą. W Bazarganie dowiedzieliśmy się, że wjeżdżając do Teheranu na peryferiach są polskie sklepy, a sprzedawcy mówią po polsku, no i tam nam powiedzą  jak dojechać na urząd celny . A to już jest bardzo dobrze, że nie musimy sami szukać drogi pytając się miejscowych, bo z tym tłumaczeniem miejscowej ludności to różnie bywa. Tankowanie poszło nie najgorzej, ale nie obyło się też bez bakszyszu. Natomiast tureccy kierowcy musieli się podporządkować wojskowej żandarmerii, która utrzymała zdecydowaną dyscyplinę. Po zatankowaniu znowu tylko 200 litrów ruszamy do Teheranu. Pogoda jak na razie jest ładna, droga czysta, a więc jedzie się dobrze. Ruch na drodze też jest już znacznie większy niż dotychczas, a więc chyba zbliżamy się do naszego celu, czyli Teheranu.

opowiadania ciezarowka do iranu 18-1

Widoczne po lewej stronie góry, gdzie słońce na nie już mocniej przygrzewa, są prawie bez śniegu, natomiast z prawej strony są jeszcze bardzo zaśnieżone. Po drodze znowu napotykam wielbłądy oczekujące na swój bagaż. Na pewno jest trudny teren, bo ziemia tutaj jest bardzo gliniasta, a tam gdzie one zajdą, to nie zajedzie żaden samochód. A więc są tutaj bardzo przydatne.

opowiadania ciezarowka do iranu 18-2

Jadąc dalej tą szeroką doliną i  przejeżdżając przez jakąś małą miejscowość widzę posterunek policji, a przy niej mocno rozbity irański autobus oraz turecki samochód też z bardzo rozbitą kabiną, a więc kolejna tragedia na drodze. Robi to naprawdę niemiłe wrażenie, ale cóż trzeba jechać dalej i być bardzo przewidującym, myśląc za siebie i za innych.

opowiadania ciezarowka do iranu 18-3

Przejeżdżając przez mniejsze miejscowości widać inne życie, domy są lepione z gliny oraz obmurowane wysokim murem, również z tej gliny. Po prostu inny, niespotykany dotychczas krajobraz. Natomiast mieszkańcy niewiele się różnią od dotychczas spotkanych ludzi w Syrii czy Iraku. Mężczyźni mają duży zarost lub mają długie brody. Natomiast kobiety chodzą w tych swoich  tradycyjnych czarnych nakryciach które zasłaniają częściowo twarz. Niektóre kobiety te swoje nakrycia trzymały w zębach a inne miały zapięte spinką. Natomiast nogi mają zakryte jakby spodniami lub jakimś innym ubiorem, na przykład luźnymi, grubymi kalesonami. Widać to było jak szły pod wiatr i te ich nakrycia fruwały w powietrzu. No i tak dojeżdżamy do Teheranu. Ulica jest już bardzo szeroka, asfaltowa, z licznymi mniejszymi i większymi dziurami. Pobocze również bardzo szerokie, ale bardzo gliniaste, co widać po rozjechanej mokrej glinie, a na dodatek ten bliskowschodni bałagan. Porozrzucane papiery oraz sterty starych zużytych opon i byle jak poustawiane, poobijane  zardzewiałe samochody. Po obu stronach są liczne sklepiki i warsztaty ze swoimi reklamami pisanymi tym kolczastym drutem.

opowiadania ciezarowka do iranu 18-4

Dla mnie są to reklamy niezrozumiałe, ponieważ nie znam tego pisma. Naprawdę jest to już inny świat, którego dotychczas nie widziałem. Jadąc pierwszy wypatruję polskich sklepów ponieważ miały mieć wystawione reklamy z polskimi napisami, a te na pewno będą bardzo widoczne, i wyróżniające się choćby samymi literami. Ruch tutaj jest już bardzo duży, więc jadę wolno, około 40 km/h. Aby nie stracić kontaktu wzrokowego z jadącym za mną samochodem muszę często spoglądać w lusterko. Jak na razie jedziemy wszyscy razem. Niestety ci  irańscy kierowcy jeżdżą naprawdę bardzo nierozważnie i nonszalancko. Wjeżdżają przed samochód nie mając włączonego kierunkowskazu, ani stopu. A jak już troszeczkę wyprzedzi to zaraz skręca, zajeżdżając przed samochód, nie bacząc na nic, a my musimy ostro hamować, żeby nie przytrzeć zajeżdżającego samochodu. Jedzie się okropnie. Takich odczuć to jeszcze nigdzie nie doznałem. Samochody osobowe, bagażowe i te ciężarówki, wszystko to tworzy ogromny tłok, robiąc przy tym dużo hałasu, ponieważ często używają tych swoich klaksonów. Robiąc przy tym niesamowity hałas. Z daleka już widzę reklamy pisane po polsku, ustawione na poboczu drogi. Na jednej z nich jest wypisane koślawymi literami „mówimy po polsku”. A więc to chyba o tym mówili koledzy w Bazarganie.

Dojeżdżając do tych reklam widzę już podbiegających małych handlarzy i naganiaczy. Są to chłopcy w wieku 10-12 lat, zachęcający do zakupu ich towarów, które mieli na dwukołowych wózkach podobnych trochę to tzw. riksz, tylko, że bez pedałów. Jak tylko wyszedłem z samochodu to jeden już zagadywał mnie mówiąc po polsku „chodź, mam dobry towar”, natomiast drugi kolega podjeżdżał ile miał sił w nogach z wózkiem pełnym wieloasortymentowego towaru. Wózek ten był cały załadowany m.in. wełnianymi skarpetami, kocami, czapkami, rękawiczkami, szminkami, perfumami, lusterkami, nożami, widelcami, łyżkami, szklankami, nożyczkami, maszynkami do golenia, żyletkami i wieloma jeszcze innymi produktami np.: wisiorkami, koralami, kolczykami, i różnymi innymi świecidełkami. Można było dostać oczopląsu. W międzyczasie podjechał już drugi wózek z wyrobami piekarniczymi ,jak: chleby, bułki, placki, ciastka, drożdżówki i inne smakołyki. Wyroby te na pewno były świeże, bo bardzo pachniały. Aż ślinka leciała. Na odczepnego musiałem coś kupić. Więc kupiłem dwie bułki podobne do naszych bułek mlecznych. A od drugiego małego handlarza kupiłem dwa lusterka. Wszyscy byli bardzo uśmiechnięci, bo coś jednak uhandlowali. Jeden z nich wymawiał „Lechistan very good” i poklepywał mnie po ręce. Te czarne śmiejące się oczy dużo mówiły, a byli w wieku moich synów. Na pewno nie mają tutaj lekkiego życia, gdyż widać tą biedę i te ubóstwo na każdym kroku. No i po tych zakupach już stał i czekał następny naganiacz zapraszając do polskich sklepów. Sklepy te  są poskładane z cegieł wysuszonych na słońcu, tak jak wiele innych budowli w tej okolicy. Prezentowały się bardzo ubogo, ale za to szyldy miały poustawiane u góry, na sklepie, które głosiły: „mówimy po polsku i bułgarsku”. Sklepikarze stojący w drzwiach już z daleka wołają „dzień dobry, chodźcie do nas, mówimy po polsku”. Rzeczywiście, można było się z nimi dobrze dogadać. Ale zanim nam coś powiedzieli gdzie i jak dojechać, to się pytali czy mamy whisky i papierosy do sprzedania. Oferowali nam za butelkę 0,7 litra 50 dolarów. Cena była bardzo dobra, bo u nas w kraju na granicy w „Baltonie” zapłaciłbym 8 dolarów. Była to bardzo dobra przebitka. Ale nic z tego. Nie uhandlowali, więc byli bardzo zawiedzeni. No i zaczęli zachwalać swój towar wmawiając nam, że jest to towar najwyższej jakości, bardzo tani i nigdzie w Teheranie taniej nie kupimy.  Niestety trzeba było coś kupić ,aby powiedzieli jak dojechać do urzędu celnego. Więc kupiłem bardzo ładne, takie charakterystyczne irańskie widokówki, na których napisali po irańsku adres i życzenia do polski. Obie widokówki były zaadresowane do moich synów, aby mieli na pamiątkę, że są to autentyczne widokówki  wysłane z Teheranu. Tym bardziej, że jest to pismo bardzo różniące się od naszego pisma. Obiecali, że na pewno je wyślą, zobaczymy kto będzie pierwszy w domu – ja czy te widokówki? Dodatkowo kupiłem jeszcze trzy długopisy oraz zeszyty 100-kartkowe w linie i w kratkę. Zeszyty się  trochę różnią od naszych gdyż są szersze i dłuższe. W jednym z nich na pewno będę pisał dalszy ciąg wspomnień, gdyż mój mały 16 kartkowy zeszyt jest już prawie zapisany, a ja przejechałem połowę drogi.  Koledzy również kupili jakieś drobiazgi no i wreszcie uzyskaliśmy ważne dla nas informacje, jak dojechać do urzędu celnego. Na dojazd mamy jeszcze około 9 kilometrów. Dano nam również mało wiele wyrysowany plan ulic, którymi mamy jechać. No i ruszyliśmy. Dobrze, że jest jeszcze jasno. Jedziemy tak, jak wcześniej ustaliliśmy, bardzo blisko siebie 1-2 metry, ażeby żaden z tutejszych kierowców nie mógł się wcisnąć. Bo jak się jeden wciśnie to zwalnia i wpuszcza swojego ziomka, takie to są z nich cwaniaki.

opowiadania ciezarowka do iranu 18-5

No i tak jesteśmy już w Teheranie. Na ulicy panuje niesamowity ruch, irańscy kierowcy jeżdżą okropnie tak, jakby jechali w stadzie baranów. Jak już wyprzedzi trochę zderzakiem to zajeżdża drogę nie pacząc na nic, po prostu okropieństwo, dotychczas nigdzie się z tym nie spotkałem.

opowiadania ciezarowka do iranu 18-6 opowiadania ciezarowka do iranu 18-7

No i tak dojechaliśmy do dużego skrzyżowania, zgodnie z wyrysowanym planem, na którym niby to policjant kieruje ruchem. A każdy i tak jedzie jak chce. Samochodów na tym skrzyżowaniu było mnóstwo, każdy trąbił i się wpychał jak tylko mógł, a gdy podchodził do jednego z nich policjant i zwracał im uwagę, to następny jadący od tyłu prawie go najechał, przy tym jeszcze trąbiąc, to jest  niesamowite. Takich zdarzeń to jeszcze nie przeżywałem.

opowiadania ciezarowka do iranu 18-8 opowiadania ciezarowka do iranu 18-9

Niekiedy  policjant musiał uciekać przed nadjeżdżającymi samochodami wygrażając ręką tutejszym kierowcom. Po dłuższej chwili widać było, że policjant się zdenerwował, machną ręką i zszedł z tego skrzyżowania, stając na betonowym podwyższeniu specjalnie do tego zrobionym, obserwując cały ruch z góry. Tutaj to na pewno teraz czuł się  bezpieczniej. Śmiesznie to wszystko wyglądało. Z jednej strony miał racje, bo z tymi baranami sam w pojedynkę by sobie nie poradził. Pierwszy raz z takim ruchem się spotkałem. Aż dziw człowieka bierze, że tego policjanta jeszcze nie rozjechali, widocznie był bardzo sprawny i ruchliwy nie dając się rozjechać.

opowiadania ciezarowka do iranu 18-10

Koledzy  za mną jechali bardzo blisko siebie i tworząc tzw. kolumnę nie do rozerwania. Kierowcą irańskim bardzo się to nie podobało i przeraźliwie trąbili, a przy tym wymachiwali rękami przez okno i na pewno nas przeklinali. Ale co zrobić, my tu jesteśmy w pracy i mamy swoje zasady. Bo gdybyśmy im ulegli to na pewno  bylibyśmy już pogubieni. Natomiast policjant stojąc z założonymi rękoma, już tylko się temu przyglądał. Widocznie był do tego przyzwyczajony. Po przejechaniu tego skrzyżowania, co trwało około 20 minut, nadal jedziemy jak w przysłowiowej rzece samochodów, ale zgodnie z wyrysowanym planem. I tak dojeżdżamy do ogromnego ronda.

opowiadania ciezarowka do iranu 18-11

Po dojechaniu do tego ronda tak sobie pomyślałem, tutaj to dopiero będzie jazda. Na tym ogromnym rondzie panuje niesamowity tłok samochodów. Gdzieniegdzie stoi policjant i próbuje kierować ruchem. Ale tu również nic z tego nie wychodzi. Kierowcy irańscy jadą tak jak chcą, czyli po swojemu. I tutaj policjant również widział, że nic nie zrobi więc zszedł na pobocze zostawiając zatłoczone rondo. Ja i moi koledzy również stoimy tak zatarasowani przez liczne trąbiące samochody, że aż strach ruszyć aby któryś z tych samochodów nie zahaczyć .Podjeżdżając po kilkanaście centymetrów. Czuję się tak, jakbym stał w stadzie owiec i baranów, a żadnej z nich nie mogę trącić, bo mogłoby to mnie bardzo drogo kosztować. Przejechanie tego zatłoczonego ronda trwało 30 minut. Zrobiłem kilka zdjęć na pamiątkę. Po drodze zatrzymujemy się u bułgarskich Żydów, a żeby sprzedać papierosy za które płacą więcej, jak te nasze polskie Żydy. Zawsze jest parę riali więcej i można coś kupić na pamiątkę z tej podróży. Po dopytaniu się jak jeszcze daleko do urzędu, okazuje się, że jest to już bardzo blisko, około 1 kilometra. A więc już niedaleko. Jadąc po tych zatłoczonych ulicach to naprawdę trzeba mieć silne nerwy, takiego natężenia ruchu to jeszcze nie doświadczyłem. Tutejsi kierowcy nie mają żadnej litości i wyrozumienia dla obcokrajowców, jedzie się jak w rzece.  Wjechaliśmy na ogromny plac urzędu celnego, gdzie stały setki tureckich samochodów, a wśród nich, jak przysłowiowe rodzynki, stały trzy węgierskie i pięć bułgarskich samochodów. Węgrzy i Bułgarzy stali obok siebie więc myśmy również ustawili się obok nich, po czym zabraliśmy się do szykowania obiadu, bo byliśmy już bardzo głodni. Jest już godzina 16.30 naszego czasu, czyli lokalnego to już 19.00 i zaczyna zapadać zmrok. Władek poszedł do kolegów po jajka, których mieli jak na razie jeszcze pełne naczepy. Ja natomiast gotowałem ziemniaki, a Zygmunt przygotowywał jakąś surówkę. Po  zjedzeniu obiadu idziemy na urząd celny aby dowiedzieć się czy dobrze przyjechaliśmy. No i okazuje się, że nie, bo nasz Urząd już przejechaliśmy i musimy się teraz wrócić około 3 kilometry. Władek, Zygmunt i ja będziemy musieli się wrócić. Nie mamy innego wyjścia, natomiast na ulicy nadal panuje duży ruch samochodowy, a na dodatek nie wszystkie samochody mają pozapalane i sprawne oświetlenie. Ale za to bardzo dużo trąbią i trudno jest się włączyć do ruchu tej rzeki pędzących samochodów. Po dłuższym oczekiwaniu udaje się nam wreszcie włączyć w ten nurt samochodowy. I tak nie obyło się bez trąbienia przez irańskich kierowców, ale co zrobić, niech sobie ulżą tym trąbieniem, oni i tak trąbią bez sensu jadąc tymi zatłoczonymi ulicami. Bułgarscy kierowcy wyrysowali nam plan dojazdu do naszego urzędu celnego.

Znowu wracamy i jedziemy tymi szerokimi ulicami, gdzie po obu stronach budynki nie są wyższe jak jedno lub dwupiętrowe, a na ulicach i skrzyżowaniach nie ma żadnych tablic ani znaków pisanym po europejsku. Natomiast wszystkie napisy na tych tablicach pisane są w niezrozumiałym dla nas języku. Jadę według wyrysowanego planu, jedziemy bardzo wolno. Wszystkie samochody nas wyprzedzają, ale przy tym dużo na nas trąbią. Ale niech trąbią, my jedziemy sobie spokojnie bo tutaj trzeba mieć naprawdę mocne nerwy i nie można dać się sprowokować. Zrobiło się już zupełnie ciemno. Według wyrysowanego planu powinniśmy być już niedaleko naszego celu. Aż tu nagle zajechała mi drogę taksówka irańska i gwałtownie się zatrzymała. Nie miałem innego wyjścia jak ostre hamowanie i gwałtowny skręt w lewo ażeby nie uderzyć w tył tej taksówki. Nie wiem czemu to zrobił, bo nie było czasu na rozmyślanie. Po tym zdarzeniu na ulicy zrobił się straszny zamęt. Jadące samochody zaczęły trąbić i było słychać pisk opon. Miałem jednak trochę szczęścia, że nikt we mnie nie uderzył, bo byłby to na pewno kłopot.  Dlaczego ten taksówkarz zrobił taki manewr i co on kombinował tego na pewno już się nie dowiem. Ja już widziałem jak mu walnę w tą zardzewiałą krypę, w której to siedzieli dwaj pasażerowie w turbanach. Miałem dużo szczęścia. Po przyjeździe na ogromny plac, na którym znajdowały się olbrzymie magazyny, stało również kilkaset tureckich samochodów. Natomiast Europejczyków nie było ani jednego. Byliśmy sami jak trzej muszkieterowie.

Plac był pozalewany ogromnymi kałużami wody oraz glinianą mazią, która przyklejała się do butów czyniąc w samochodzie niesamowity bałagan. Ponieważ w dzisiejszym dniu temperatura wskazywała plus 10 stopni.  W nocy na pewno  będzie minusowa temperatura, bo w tej chwili jest już minus jeden stopień. Po ustawieniu się poszliśmy z Władkiem i Zygmuntem jeszcze na urząd celny, aby sprawdzić czy faktycznie jesteśmy na tym urzędzie, co mamy wpisany w dokumentach. No i  okazało się, że tak, tylko, że dzisiaj urząd już nie jest czynny i będziemy się odprawiać jutro. Wróciliśmy do mojego samochodu, aby zrobić sobie herbatkę i wypić po małym groczku. Siedząc tak rozmawiając o tym moim zdarzeniu z irańską taksówką. Zygmunt, który jechał za mną, o mało co nie uderzyłby w tył mojej przyczepy, ponieważ jechał bardzo blisko i nie spodziewał się takiego manewru. Opowiadając to zdarzenie, ale teraz przy tym się śmiejąc, to wyglądało to zabawnie jak te irańskie samochody robiły różne manewry żeby nie uderzyć w mój samochód lub przyczepę. Wyglądało to wszystko trochę śmiesznie i bardzo groźnie, ale jednak się udało. I tak rozmawiając o dniu dzisiejszym zrobiło się już późno, jest już godzina 21.00 naszego czasu. A więc trzeba pomału kłaść się spać, bo jutro czeka nas odprawa.  Ale najważniejsze jest to, że jesteśmy już u celu. Tak więc koledzy udali się do swoich samochodów, a ja już dzisiaj nie będę nic pisał o dzisiejszym dniu, tylko rozpiszę kartę drogową, opiszę tarczkę tachografu i będę wiedział ile przejechałem kilometrów. Jutro na pewno będzie czas na opisanie dnia dzisiejszego. Po podliczeniu okazało się, że przejechałem dzisiaj 255 kilometrów, a przy okazji policzyłem ile jest kilometrów z Czechowic do Teheranu. I okazuje się, że jest 4409 kilometrów, które to przejechaliśmy przez 18 dni, czyli 245 kilometrów dziennie. Nie jest to żadna rewelacja, ale były to naprawdę bardzo trudne warunki zimowe, a w szczególności w Turcji. Po rozpisaniu karty drogowej i tarczki, teraz muszę się tylko umyć i wejść do ciepłego śpiwora. Nawet nie muszę palić w moim piecyku, bo w kabinie jest jeszcze ciepło. W śpiworze jest naprawdę bardzo przytulnie i ciepło jak na te cygańskie warunki. Tak leżąc w tym ciepłym śpiworze pomyślałem sobie, że nie ma to jak w domu, leżąc na szerokim tapczanie z moim kociakiem, jest się do czego przytulić i za coś potrzymać lub pogłaskać no i „co nieco.” A teraz pozostały tylko wspomnienia. Taki to los kierowcy z dużym szyldem PEKAES WARSZAWA. Ale jak się szczęśliwie wszystko ułoży, to na początku lutego będę znowu w domu i będę cieszył się tą moją rodziną. Na dzisiaj dosyć tych przeżyć.  Dobranoc.

Tego dnia przejechałem 255 kilometrów i przepracowałem 11 godzin.

Orientacyjna mapa dzisiejszej trasy:

Autorem tekstu jest Adam Frąckowiak, którego osobę przedstawiałem we wstępie dostępnym TUTAJ. Seria tekstów o transporcie do Iranu powstaje dzięki pomocy Niezależnego Forum Nowego Tomyśla i okolic.


Kolejny odcinek: Wspomnienia z trasy do Iranu w barwach PEKAES Warszawa – część 19

Poprzednie odcinki – TUTAJ


TimoCom – Łączymy ładunki z pojazdami.

To może Cię zainteresować:

Ten wpis ma 3 komentarzy

  1. michał napisał(a):

    No i dojechały chłopy, już się martwiłem, że się nie uda. No to teraz tylko żeton, do domu zadzwonić, że się jest całym i zdrowym, silniczek od ogrzewania skombinować i wio nazad. Aha, i na granicach sprawdzić, czy tam te imigranty na osiach nie leżą albo jak kierowcom w Calais za spoilery nie włażą.

  2. Stasz napisał(a):

    Kurcze, sledze to jak emeryci kolejny odcinek brazylijskich tasiemców – codziennie sprawdzam stronkę w poszukiwaniu kolejnej części wyprawy do Iranu pana Adama, jak poradzą sobie na Urzędzie Celny, jaki będzie powrót itd. itp.
    Jednym słowem – panie Filipie – super wstawka i z utęsknieniem czekam ( i pewnie nie tylko ja) na kolejne części historii “kółka” pana Adama. I taka podpowiedź – może znalazłoby się na stronce więcej historii rożnych kierowców z innych tras (nawet i krajowych)? Bylibyśmy bardzo wdzięczni!

Odpowiedz





Dane wpisane w formularzu będą przetwarzane w celu dodania komentarza zgodnie z naszą polityką prywatności.