rekrutuj 40ton665
Opublikowane 4 kwi, 2016

Wspomnienia z trasy do Iranu w barwach PEKAES Warszawa – część 29

Marzenia się spełniają – Wspomnienia z pierwszej jazdy do Iranu

Część 29

29 stycznia sobota

Jest jeszcze szarawo i ktoś puka do kabiny. Po chwili słychać głos Władka, „ Adam trzeba wstawać”. Spojrzałem na zegarek, jest 4,30. A mi tak dobrze się leży w tym ciepłym śpiworze. Ale nie ma lekko, rzeczywiście trzeba wstawać. Termometr wskazuje minus 23 stopnie, a więc jest zimno, a tutaj czeka nas załadunek tego zepsutego ciągnika. Zapewne potrwa to z 2-3 godziny. Mamy w planie dzisiaj dojechać  do Ankary, a to jest prawie 500 kilometrów. Po zrobionej pobudce krzykaczowi, który spał w zholowanym ciągniku, poluzowaliśmy już śruby kół przednich. Po czym wepchnęliśmy go moim samochodem na sztywnym holu na rampę. Hol pożyczyliśmy od bułgarskich mechaników, którzy mają tutaj w Sivas swój warsztat naprawczy. Bułgarzy mają kilkaset samochodów przewożących ładunki do Iranu. No i przy tym mają dużą rampę do załadunku zepsutych lub rozbitych samochodów. Ta rampa bardzo nam usprawniła załadunek zepsutego Fiata na Volvo Zygmunta. Musieliśmy zdjąć przednie koła aby maksymalnie obniżyć wysokość i bez problemów można było przejechać pod wiaduktami. Po zdjęciu kół przednich, rozebraliśmy naczepę Zygmunta i wepchnąłem zepsuty ciągnik  na naczepę Zygmunta.

opowiadania ciezarowka do iranu 29-1

Pustą chłodnię „krzykacza” pozostawiliśmy w miejscu wskazanym przez mechaników bułgarskich. Po załadunku zrobiliśmy śniadanie. O godzinie dziewiątej wyruszyliśmy przez te ośnieżone drogi i góry do Ankary. Po wyjechaniu z parkingu znowu widać na horyzoncie te ośnieżone góry. Po przejechaniu kilkunastu kilometrów zaczynamy znowu podjeżdżać tą zaśnieżoną drogą. Jest lekka mgła.

opowiadania ciezarowka do iranu 29-2

Zatrzymujemy się i zakładamy z Władkiem małe łańcuchy. Z niemałym trudem wjeżdżamy na górę, na której widnieje napis, że jestem na wysokości 1540 mnpm. Po zjechaniu z tej góry wjeżdżamy do małej miejscowości Halimilhali, gdzie zatankowaliśmy paliwo i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Droga jak na razie była pokryta jeszcze nieujechanym, świeżym śniegiem.

opowiadania ciezarowka do iranu 29-3

Przy większych podjazdach jak zwykle stał znak z kołem opasanym łańcuchem. Ten znak to już znamy i wiemy co nas może czekać. Zatrzymujemy się  z Władkiem i zakładamy duże  łańcuchy, koledzy nie muszą, wystarczy im tylko podnieść oś do góry i jazda. Teraz Władek ruszył pierwszy, a  za nim Zygmunt i ja oraz dwie chłodnie. Wjeżdżając ponownie pod górę ja zaczynam mieć problemy z podjazdem. Więc wyprzedzają mnie chłodnie. Koledzy wjechali, ja niestety nie. Zabrakło mi 100 metrów do wierzchołka góry. No i co najgorsze samochód zaczął się staczać do tyłu, pomimo zahamowaniem hamulcem zasadniczym całego zespołu. Dziwne jest to uczucie jak zjeżdża się tyłem nie mając wpływu na jego zatrzymanie. Patrzyłem tylko na którą stronę zacznę się staczać. Jakby na prawą to samochód nie powinien się przewrócić. Ale jak na lewą to już będzie gorzej. Tak zsunąłem się około 40 metrów po czym zestaw się zatrzymał, ale nie wiem na jak długo. Po zaciągnięciu hamulca ręcznego pojazd znowu zaczął się staczać do tyłu i nie było czasu abym zdążył podstawić kliny. I tak sobie pomyślałem żeby może podstawić zmiotkę tak jak to zrobił Władek. Ale było to zbyt ryzykowne. Siedząc tak w samochodzie widzę jak Jacek raz biegnie, a raz się ślizga, bo jest tak ślisko, że ledwo utrzymuje się na nogach. Ostatnie 10 metrów jedzie jak na łyżwach zatrzymując się na masce mojego samochodu. Jacek idąc do tyłu mojego samochodu trzyma się linki plandeki aby się nie poślizgnąć i przewrócić. Podkłada pierwszy klin pod samochód, po czym podłożył drugi klin pod koło przyczepy.  Z drugiej strony  również  podłożył kliny pod  samochód i przyczepę,  zostawiając mnie na drodze mówiąc, że za chwile przyjedzie po mnie swoim samochodem. Koledzy pomogli Jackowi pozakładać duże łańcuchy i zjechał tyłem po mnie. Założyliśmy linę, no i ruszamy, ale nic z tego. Koła się kręcą wyrzucając kawałki lodu i śniegu, i nie podjechaliśmy nawet jednego metra. Jacek zmienił miejsce i próbujemy jeszcze raz, i znowu nic. Nie podjechaliśmy nawet jednego metra. Odczepiłem linę i Jacek sam nie może ruszyć, aby zmienić miejsce. Ale po chwili centymetr po centymetrze zaczyna podjeżdżać. Po ponownym podjechaniu umówiliśmy się, że ruszamy trzecim biegiem na małych obrotach i spróbujemy ruszyć. Znowu koła zaczęły wydrapywać kawałki lodu i śniegu, i niby nic, ale po małej chwili centymetr po centymetrze  nabieramy rozpędu, ale to takiego, że idące dziecko pieszo byłoby prędzej na górze jak my samochodami. No, ale w końcu wjechaliśmy. Podjazd ten nie był zbyt długi, ale za to był bardzo stromy.

opowiadania ciezarowka do iranu 29-4

Upłynęło nam sporo czasu. Koledzy natomiast pojechali już do przodu, bo i tak w Yildizel jest  posterunek policji, na którym musimy podstemplować karty policyjne. No i tak dogoniliśmy kolegów,  którzy stali jeszcze na policji. Po załatwieniu tych formalności ruszamy dalej. Teraz jadąc już z góry wjeżdżamy w olbrzymią dolinę, jedzie się bardzo dobrze. Po przejechaniu około 30 kilometrów kończy się ta fajna jazda i znowu te góry, a tak dobrze się jechało. Na poboczu drogi stoi znak, że trzeba zakładać łańcuchy. Więc zakładamy małe łańcuchy i do przodu. I jak na razie udało nam się przejechać parę górek, chociaż w paru miejscach było już ciężko.

opowiadania ciezarowka do iranu 29-5

Zatrzymaliśmy się na jednej z gór, gdzie była droga trochę szersza i postanowiliśmy z Władkiem, że zakładamy duże łańcuchy. Koledzy z naczepami  pojechali już do przodu. Ruch na drodze jest bardzo mały. My patrząc z tej góry widzimy już następny podjazd pod górę. Władek ruszył pierwszy. Ja jeszcze stoję i patrzę, czy da radę podjechać. Podjazd nie jest aż taki długi, ma może z cztery kilometry długości. Ale znowu jest bardzo stromy. Dzisiejszy dzień jest  pochmurny i prószy śnieg. Na drodze leży ubita warstwa śniegu, a więc będzie trudno podjechać. Władkowi udało się podjechać i zniknął za górą. A więc nie jest chyba tak źle. No i udało się. Po wjeździe na górę widzę następny podjazd i stojące samochody oczekujące  na podjazd w kolejce . Po jakimś czasie widzę jak Zygmunt zaczyna podjeżdżać pod górę wyprzedzając inne samochody. Jedzie pomalutku, ale jedzie. Tym bardziej, że ma na naczepie dociążenie zepsutego ciągnika. Po chwili widać, że Piotr i Jacek też ruszają za Zygmuntem. Zostaje tylko Władek , widocznie też nie może ruszyć.  Ja natomiast cały czas patrzyłem, czy koledzy wjadą na tą górę. No i udało się im podjechać, ponieważ zniknęli z horyzontu. Stoi tylko Władek w tym samym miejscu co stał, widocznie nie może podjechać. A więc teraz ja ruszam z góry. Z początku jadę wolniej ponieważ jest bardzo ślisko, a ta kochana zośka pcha mnie nie miłosiernie. Kończąc już zjeżdżanie z góry zaczynam nabierać rozpędu aż do ósmego biegu. Jadę z szybkością 50 km/h i samochód zaczyna już tracić przyczepność, bo czuję to w kierownicy pomimo wspomagania. Są takie momenty gdzie koła zaczynają się uślizgiwać, a samochód traci prędkość. Osiągnąłem zaledwie połowę tego podjazdu i zaczynam stawać. Chciałem jeszcze wyprzedzić stojącego Władka i zjechałem na lewa stronę, niestety zatrzymałem się równo z samochodem kolegi. Zatarasowując drogę całkowicie. Po chwilowym zatrzymaniu samochód wraz z przyczepą zaczął się  ześlizgiwać do tyłu. Widząc to Władek podbiegł i podłożył klin pod tylne koło samochodu. Ale samochód nadal zjeżdżał i nie miał zamiaru się zatrzymać. Po założeniu drugiego klina pod przyczepę samochód nadal zjeżdżał. Dopiero po kilkunastu metrach się zatrzymał. Droga stawała się bardzo śliska ponieważ nastąpiła gwałtowna odwilż. Na termometrze było już plus 2 stopnie i zaczęło przyświecać słońce. A więc śnieg stawał się mało przyczepny. Władek już miał samochód i przyczepę mocno zaklinowaną. Spoglądamy w górę i widzimy jak samochód turecki jadący z góry zaczyna się uślizgiwać i tańczyć po drodze. Widzimy również jak z tego samochodu ktoś wyskoczył i rzuca coś pod koła. I jak się później okazało były to koce, które były rzucane  pod ślizgający się samochód. I to sprawiło, że samochód się zatrzymał. Dobrze, że było dwóch kierowców, bo inaczej  skończyło by to się na pewno tragicznie. Po jakimś czasie przyjechał po mnie olbrzymi spychacz do równania ziemi, a na kołach miał pozakładane takie prawdziwe grube kute łańcuchy i chciał mnie wciągnąć na górę żądając 5000 tureckich lirasów. Po przeliczeniu była to suma około 25 dolarów. Wydawało mi się to trochę za drogo więc, próbowałem się uhandlować na 1000 TL, ale oni byli nieustępliwi. Więc po założeniu liny ściągnęli mnie tylko na prawe pobocze i pozostawiając mnie samemu sobie. Jednocześnie coś sobie mamrocząc  po turecku, a przy tym się podśmiechując, na pewno mówili do siebie, że będę tu stał do wiosny. Bo sam na pewno nie podjadę. Po czym podjechali po Władka, żądając takiej samej sumy.  Władek też się  z nimi targował i nie dał im tych pieniędzy tylko dał im ciepłą kurtkę oraz marynarkę. I zgodzili się wciągnąć go na górę. Ja w tym czasie zacząłem  ponownie skręcać znowu te porozrywane łańcuchy. Były to już fragmenty łańcuchów. Natomiast te które były za krótkie przywiązywałem drutem do bocznych opasek łańcuchów aby nie pourywały błotników. Po skręceniu łańcuchów na kołach musiałem trochę cofnąć, aby poskręcać te co teraz są na dole pod kołami.  Kliny wycofałem do tyłu pozostawiając je na wszelki wypadek. Spuściłem z ręcznego hamulca troszeczkę i  wychodzę spinać łańcuchy, chwytam za resztki łańcucha i w tym momencie samochód zaczął się ześlizgiwać do tyłu nabierając rozpędu, pomimo podłożonych dwóch klinów pod przyczepą. Szybko wskoczyłem do kabiny i naciskając hamulec nożny nadal zjeżdżam do tyłu. Patrzę w prawe lusterko i widzę jak przyczepa zaczyna uślizgiwać się na prawą stronę kierując się do głębokiego rowu. I w tym momencie tylko tak sobie pomyślałem, że jak tak się zsunę , to przyczepa się przewróci i mnie za sobą pociągnie. Będzie to koniec mojej jazdy. Ale znowu  miałem  trochę szczęścia, bo po około 20 metrach samochód się zatrzymał. Siedząc tak w kabinie i trzymając na nożnym hamulcu myślę co teraz tutaj zrobić. Na drodze zrobiło się pusto. Nikt nie jedzie. Ani z góry ani pod górę. Stojąc tak jeszcze dłuższy czas pomyślałem, że chyba któryś z kolegów po mnie przyjedzie, ale minęło już dobre pół godziny i nikogo z kolegów nie widać. Po chwili próbuje puścić hamulec i patrzę co będzie się działo. Po odczekaniu około jednej minuty ryzykuję i wychodzę z samochodu. Podkładając jeszcze 2 kliny z drugiej strony. No, teraz to już chyba się nie uślizgnie. Szczęście, że te kliny mają duże metalowe ząbki gdyż kliny które były podłożone wryły się głęboko w ten miękki śnieg i to mnie uratowało. Bo gdyby to były zwykłe, płaskie kliny to na pewno nie stał bym tutaj na drodze, ale leżałbym na boku kilkanaście metrów niżej na zboczu tej góry. Tym razem już nie ryzykuję aby samemu próbować podjechać, gdyż przyczepa stoi na krawędzi drogi. Nie mam innego wyjścia muszę czekać na któregoś z kolegów. Jak się później okazało Władek zostawił przyczepę na górze, poskręcał porozrywane  duże łańcuchy i zjeżdżając tyłem wciągał chłodnie które też tym razem same nie dały radę podjechać. Minęło to sporo czasu zanim Władek przyjechał po mnie. Podczepiliśmy linę no i próbujemy ruszyć. Podjechaliśmy może z 2-3 metry i znowu stoimy. Koła się kręcą wyrzucając kawałki lodu i śniegu. No i nic z tego. Odczepiam linę, a Władek ustawia się w inne miejsce. I znowu ujechawszy może 5 metrów stoimy ponownie. Władek cofa się maksymalnie do mojego samochodu, prawie do mojej kabiny, aby ustawić się w innym miejscu i nabrać trochę rozpędu. I znowu nic, sam nawet teraz nie może ruszyć z miejsca. Tutaj jest bardzo stromy odcinek tego podjazdu. Trochę wyżej, może z 200-300 metrów, już widać, że dalej nie jest już taki stromy ten podjazd, a my stoimy w tym najgorszym miejscu. Władek ponownie próbuje ruszyć. Kręcące koła wyrzucają kawałki lodu, a te opony które nie mają łańcuchów już mocno śmierdzą, bo cały ciężar spoczywa na tych oponach niemających pozakładanych łańcuchów. Bardzo się nagrzały, po prostu czuć smród przegrzanej gumy. Wyciągnąłem łopatę i na poboczu tej drogi dokopałem się do piasku, podsypując go pod koła samochodu Władka. Pomimo podsypania, Władek nadal nie może ruszyć z miejsca. Więc na tym poboczu wykopaliśmy jeszcze głębszą dziurę i dokopaliśmy się do grubego szutru i kamieni. Tym szutrem posypaliśmy drogę na długości około 20 metrów i spróbowaliśmy ponownie. No i poszło, ale po przejechaniu posypanego odcinka samochód Władka nie mógł ponownie nawet sam podjechać. Rozczepiliśmy linę i cofnąłem się z powrotem w to miejsce co ruszaliśmy. Władek zaproponował a żeby znowu zmienić miejsce, bardziej po skosie. I znowu nic. Cofnęliśmy się jeszcze o jakieś 40-50 metrów do tyłu. Próbujemy znowu  ruszyć. Pomalutku zaczynamy podjeżdżać, ale tylko dojeżdżając do odcinka przez nas posypanego i ponownie stajemy. Czyżby tutaj pod ziemią był jakiś ogromny magnes, który nas tak przyciąga, że my nie możemy pokonać tego podjazdu?! Tak męczyliśmy się dobrą godzinę i nie ujechaliśmy ani jednego metra do przodu. Byliśmy już zmęczeni i załamani. Żeby dwa samochody z założonymi łańcuchami nie mogły wciągnąć pustej przyczepy?! Ale po chwilowym zastanowieniu się z Władkiem doszliśmy do wniosku, że jeżeli sam samochód na łańcuchach nie może podjechać  to znaczy, że naprawdę jest tu bardzo trudny podjazd, którego nie zauważyliśmy. Stojąc tak koło samochodów, teraz dopiero zauważamy te niesamowite strome wzniesienie, i to jest przyczyną, że samochód, który się tutaj zatrzyma ma problem z ruszeniem. Był to bardzo stromy podjazd o długości około 200-300 metrów. Krótki. bo krótki, ale tutaj właśnie stanęliśmy, nie mogąc ruszyć z miejsca i nabrać rozpędu. Cofnęliśmy się jeszcze raz w te stare miejsca, tak żeby łańcuchy opierały się o świeży ujechany śnieg, a pod bliźniacze koła bez łańcuchów podsypaliśmy grubo wybranym żwirem i kamieniami. Dobrze, że tutaj nie ma asfaltu. Tylko zwyczajem tureckim drogowców jest gruby tłuczeń ubity z podłożem i spryskany smołom. Takie to są tutaj warunki drogowe. Więc nie żałujemy teraz żwiru i kamieni sypiąc jak najdalej przed samochód. Po chwili widzimy jak Jacek z góry zjeżdża tyłem samym ciągnikiem, chcąc nam pomóc, bo droga jest tutaj bardzo wąska i miałby problem z nakręceniem. Próbujemy jeszcze raz, czyli ostatnia próba. Bo jak nie to zostajemy i czekamy do wiosny, aż śnieg stopnieje. Umówiliśmy się, że jedziemy trzecim biegiem i na małym gazie. Ja ruszam powolutku z miejsca, ale Władek przede mną znowu nie może sam ruszyć. Kręcąc kołami w miejscu, dobrze, że jest długa lina, ale w końcu ja dojeżdżam do jego tyłu. I co teraz zrobić?! Gdy uderzę w jego tył nie zatrzymując się powgniatam swoją kabinę. Jestem dosłownie pół metra od tyłu jego samochodu i Władek zaczyna ruszać. Całe szczęście. Ale po chwili ja nie mogę znowu podjechać i stając Władek mnie szarpnął, więc ja zacząłem podjeżdżać, natomiast Władek się zatrzymał i teraz on znowu nie może ruszyć z miejsca. Z pod jego kół wylatują kamienie i żwir, a zerwane łańcuchy biją w błotnik robiąc niesamowity hałas. Widać jak błotnik z lewej strony z grubej stalowej blachy zaczyna się zwijać w rulon. Nieładnie to wszystko wygląda, bo błotnik może zacząć trzeć o oponę bliźniaczego koła i może nastąpić rozerwanie opony. I tak metr po metrze z olbrzymim wysiłkiem wjeżdżamy pod tę stromą górę. Ale do szczytu tej góry pozostało nam jeszcze około 800 metrów. Tylko, że podjazd jest już trochę łagodniejszy. Po drodze mijamy Jacka, który się nam przyglądał jak my mozolnie wjeżdżamy na tą górę. Z pod kół Władka wylatują nadal bryłki lodu i kamieni. Momentami z pod kół sypią się iskry i śmierdzi przegrzaną gumą. Tutaj nie możemy się zatrzymać. Nie mamy innego wyjścia. Musimy wjechać na samą górę. Takie to są tutaj trudne warunki zimowe w Turcji. No i wreszcie stajemy na wierzchołku tej diabelskiej góry, jak ją nazwał Władek. Straciliśmy bardzo dużo czasu na tym podjeździe. A do Ankary jeszcze daleka droga. Dobrze, że to wszystko odbywało się za dnia. Zawsze jest to inaczej. Lepiej  wszystko widać. No i teraz trzeba tylko z tej diabelskiej góry zjechać. Zjeżdżamy ostrożnie i z rozwagą, gdyż droga jest znowu bardzo śliska.  Po zjechaniu z góry zdejmujemy już tylko fragmenty dużych łańcuchów, pozostawiając tylko małe łańcuchy. Rękawice są już całe przemoczone i poszarpane, więc rozpinamy te łańcuchy gołymi rękoma. Z łańcuchów pozostały już tylko strzępy. Oby nie były już potrzebne. Pogoda zrobiła się  ładna. A ci kamikadze tymi autobusami po tych zaśnieżonych drogach to jadą ostro tylko śnieg za nimi wiruje.

opowiadania ciezarowka do iranu 29-6

Zjeżdżając z tej góry droga tutaj jest bardzo wąska i bardzo półokrągła, stając się bardzo niebezpieczną, gdyż jest pokryta cienką warstwą śniegu. Ni stąd ni zowąd nasilił się boczny wiatr. Przy tym silnym bocznym wietrze można być zepchniętym w najlepszym przypadku do rowu. Dobrze, że nie ma tutaj ruchu i można jechać środkiem drogi. Przed nami znowu widzę długi ośnieżony podjazd i mniej więcej w połowie podjazdu stoi duży ciężarowy samochód, który nie dał rady podjechać. Jak się później okazało był to samochód bułgarski. Tym razem ja znowu jadę pierwszy. Nabrałem rozpędu i w miarę możliwości jadę na maxa, a za mną pozostałe samochody. Z daleka już widzę jak z góry zjeżdża turecki samochód który, nie zamierza się zatrzymać. Nie wiem dlaczego może już wpadł w poślizg i ma trudności z zatrzymaniem. Kierowca stojącego samochodu wyskakuje i biegnie w kierunku zjeżdżającego tureckiego samochodu i rozpaczliwie macha rękoma próbując go zatrzymać. I w ostatniej chwili Turek się zatrzymał. Przecież widział mnie ten osioł na pewno, bo ja już z daleka mrugałem długimi światłami jadąc pod tą górę. A pojazdy jadące pod górę maja zawsze pierwszeństwo. Bo takie tutaj panują zasady. Tym, który zatrzymał jadącego z góry Turka, był kierowca bułgarski. Przejeżdżając obok niego zatrąbiłem i podziękowałem podnosząc rękę do góry nie zdejmując nogi z gazu. Byłem jemu bardzo wdzięczny oraz pozostali koledzy również. Był to jak się później okazało ostatni taki trudny podjazd, a tak niewiele brakowało, a byłoby znowu szarpanie i zakładanie tych fragmentów łańcuchów. Dzięki Ci bułgarski kolego. Jak na razie przejechaliśmy dopiero połowę drogi. Gdyby nie było tych problemów to na pewno dojeżdżalibyśmy już do Ankary. I znowu przede mną te niekończące się góry. Pogoda nadal ładna.

opowiadania ciezarowka do iranu 29-7 opowiadania ciezarowka do iranu 29-8 opowiadania ciezarowka do iranu 29-9

Po przejechaniu tych gór wjeżdżam do  miejscowości Yozgat, gdzie mieścił się punkt kontrolny policji i obowiązkowo musimy się zatrzymać  aby podstemplować karty policyjne. Policja jeszcze dodatkowo zażyczyła sobie aby przynieś tarczki tachografu. Po sprawdzeniu pokiwał tylko głową. Nie było problemu z szybkością. Po załatwieniu formalności na policji, idziemy do tureckiej restauracji, która jest obok. A więc wykorzystując to zatrzymanie, idziemy coś zjeść, bo od śniadania nic nie jedliśmy. Jest już godzina 18 i zaczyna zapadać zmrok. Wchodzimy do maleńkiej restauracji, w której to siedziało kilku kierowców tureckich oraz trzech prawdopodobnie tubylców w tradycyjnych strojach z charakterystycznymi nakryciami głowy, czyli czapkami bez rydelków i palili tzw. fajkę pokoju, czyli siszę, popijając tradycyjnym czajem w małych szklaneczkach. Wszyscy trzej mieli charakterystyczne długie siwe brody i wyglądali na taką radę mędrców tej miejscowości, bacznie się nam przyglądając. W międzyczasie podszedł do nas mały kelner, który zapraszał nas na kolację, mówiąc po polsku „proszę zjeść dobre jedzenie” i to była cała jego znajomość polskiej mowy. Natomiast za baru wyszedł szef i gestem ręki również nas zaprasza przynosząc tureckie karty menu. Zamówiliśmy jak zwykle smażoną baraninę i wszelkie dodatki zieleniny z oliwkami. Jedzenie jak zwykle jest tutaj zdrowe i wyśmienite, i co najważniejsze dla nas to, że nie jest takie drogie. Tym razem zamiast tureckiego piwa był turecki czaj. Fajnie jest, gdy tak się siedzi najedzonym, a w dodatku jeszcze w ciepłym pomieszczeniu. Po prostu nie chce się już dalej jechać. Jesteśmy już zmęczeni. A nam pozostało jeszcze do celu około 200 kilometrów. Najchętniej bym już dzisiaj nie jechał, ale taki jest plan i musimy dojechać do Ankary. Jest już godzina 19 naszego czasu i jest już ciemno. A więc dziękujemy, płacąc po 250 TL i ruszamy dalej. Po ujechaniu paru kilometrów zaczyna znowu padać śnieg. Tego śniegu to naprawdę mam już dość. Koledzy chyba również. Droga teraz jest już ładna, prawie bez śniegu. Tylko gdzieniegdzie na poboczach jest jeszcze trochę śniegu. Natomiast na polach leży jeszcze sporo śniegu. Na termometrze jest w tej chwili minus 4 stopnie. Jedzie się dobrze i mam  ciepło w kabinie, bo jest dobry nawiew powietrza. Pogoda jest ładna, świeci księżyc, a na niebie migające gwiazdy. Jedziemy maksymalną dozwoloną szybkością dla samochodów z przyczepą, a więc 60 km/h. Tak jadąc to już ta droga ubywa. Tylko koledzy jadący z naczepami się męczą jadąc za nami, bo oni mogli by jechać 70 km/h. Ale od Ankary to już na pewno pojadą osobno. Góry już pozostały daleko za nami, a przed nami już tylko niewielkie podjazdy i zjazdy. Ale za to droga jest już czysta i bez śniegu. I tak przejeżdżając przez malutkie miasteczka i wioski, mieszkańcy już na pewno mocno śpią. Mnie również zaczyna ogarniać senność. A do celu pozostało jeszcze około 100 kilometrów. Trzeba to jakoś wytrzymać, wiec otwieram okno i wystawiam głowę. Jest ciepło w porównaniu z dniem wczorajszym. Chłodny podmuch wiatru odpędza na jakiś czas sen. Przejeżdżając przez  Kirikkale nie ma już żadnego ruchu. Jedzie się jak przez wymarłe miasto. Sporadycznie widać pojedyncze światełka w domach. Do Ankary już niedaleko. Byleby tylko dojechać na przedmieścia Ankary. A tam już będzie trochę ruchu. W stronę Iranu nie jedzie już żaden ciężarowy samochód. Tylko sporadycznie jadą osobówki. Jedzie się bardzo monotonnie. Włączyłem radio i słyszę niewyraźnie polskie wiadomości. Nareszcie radio przemówiło, bo minęła właśnie północ naszego czasu. Jest dużo szumów i trzasków w tych wiadomościach. Ale słychać tak upragnioną polską mowę w radiu. Wjeżdżając wyżej słyszalność się poprawia. Właśnie Polskie Radio zapowiada pogodę dla kierowców. Przestrzega ich przed opadami deszczu. Słuchając tych wiadomości wydają mi się trochę śmieszne, bo co my mamy mówić, kto tutaj nas przestrzega przed różnymi warunkami pogodowymi. Tym bardziej, że tutaj jest więcej czekających na nas niespodzianek. My, kierowcy jadący do Iranu, musimy być przygotowani na te zmienne warunki drogowe i sobie z nimi jakoś radzić. Nieraz to naprawdę było ciężko. Ale co zrobić, taki jest już ten nasz fach. I tak  jadąc dalej  nasze radio słychać coraz wyraźniej, a więc zbliżamy się do Ankary i teraz to już będziemy mieli kontakt z naszym krajem. Nareszcie słychać polskie piosenki. Zaraz jest  inny duch. Jest już 1.30 naszego czasu. Do parkingu mamy jeszcze około 30 kilometrów, ponieważ parking znajduje się jeszcze 10 kilometrów za Ankarą. Pozostało już tak niewiele kilometrów do celu. No i wreszcie jest ta Ankara. Jadąc przez te uśpione miasto gdzieniegdzie jadą osobowe i dostawcze samochody. Widać też sporadycznie śpieszących się ludzi. Miasto jest pogrążone w głębokim śnie. A za chwile zacznie się budzić i zacznie się znowu  ten szalony ruch, w którym to każdy się śpieszy i byle szybciej do przodu, używając przy tym nagminnie klaksonów. Wyjeżdżając z miasta do parkingu pozostaje już tylko parę kilometrów. No i wreszcie jest ten upragniony parking. Wjeżdżając na parking widzę kilka naszych samochodów. Sen mnie już bardzo mocno męczył. W tej chwili jest minus 4 stopnie. Księżyc ładnie świeci i te piękne gwiazdy do nas mrugają. Idziemy teraz do umywalni, aby się umyć, bo od tych  łańcuchów jesteśmy bardzo mocno ubrudzeni. Ręce mam pokaleczone i paznokcie połamane. Restauracja jest już nieczynna. W umywalni Władek spotkał kolegę, który jedzie do Iraku, i namówił go, aby postawił butelczynę polskiej wódki. No i tak też się stało, była to nasza Wyborowa. Ostatni raz wypiliśmy po kropelce w Gurbulaku na granicy Irańsko-Tureckiej. Ale wtedy to nie była nasza polska wódka. Uszykowaliśmy naprędce parę kanapek i ciepłą herbatę. Po czym wraz z Zygmuntem i Władkiem rozliczyliśmy się za te kropelki z kolegą. Było to z grubsza mówiąc, po dwa dolary na łebka, a przy tym jeszcze powspominaliśmy tą dzisiejszą drogę, która dała nam się mocno we znaki, i na pewno zachowa się w długo w pamięci, a na dodatek, to zostanie jeszcze zapisane w moim pamiętniku. Dzisiaj już na pewno nie będę pisał. Zrobiło się już bardzo późno. Bo na nasz czas jest 3.30. Trzeba iść spać, jutro chcemy dojechać do Istambułu.

Dzisiaj przepracowałem 23 godziny i przejechałem 474 kilometry.

Orientacyjna mapa dzisiejszej trasy:


Autorem tekstu jest Adam Frąckowiak, którego osobę przedstawiałem we wstępie dostępnym TUTAJ. Seria tekstów o transporcie do Iranu powstaje dzięki pomocy Niezależnego Forum Nowego Tomyśla i okolic.


Kolejny odcinek – TUTAJ

Poprzednie odcinki – TUTAJ


WYKOP ten tekst!

Ten wpis ma 9 komentarzy

  1. Przemek pisze:

    „Dzisiaj przepracowałem 23 godziny i przejechałem 474 kilometry.”
    Heh…a ja czuję się nie raz zmęczony po 13h pracy 😀 😀 😀

  2. Kurier pisze:

    Cały czas nie wiadomo co z ta chlodnia krzyczą. I nie rozumiem jeszcze jednej rzeczy, czemu pan Adam nie wymontowal z zepsutego ciągnika wiatraczka nagrzewnicy, przecież to były chyba takie same auta?

  3. Subok pisze:

    „Pustą chłodnię „krzykacza” pozostawiliśmy w miejscu wskazanym przez mechaników bułgarskich.” – Kurier, pierwsze zdanie pod pierwszym zdjęciem w tekście.

  4. piotrek1317 pisze:

    Panie Adamie. To nie do wiary, ale dzięki Panu zacząłem rozumieć książki Orhana Pamuka :)

  5. SpeX pisze:

    I co się potem dzieje z tak pozostawioną chłodnią? PKS wysyłam auto na pusto po zgubę?

    I co to znaczyło „zostać do wiosny”? Też się porzucało auto i później, ktoś po nie przejeździł.

Odpowiedz