1 lipca 2031 roku samochody ciężarowe zaczną podlegać nowej normie czystości spalin Euro 7. I choć wciąż może to brzmieć jak dosyć odległa perspektywa, producenci ciężarówek nie przestają bić na alarm, uświadamiając, o jak problematycznym przedsięwzięciu tutaj mowa.
Temat pojawił się na najnowszej konferencji stowarzyszenia producentów pojazdów ACEA, do którego należą wszystkie wiodące marki z Europy. Organizacja ta właśnie powołała swoją nową przewodniczącą, którą będzie Karin Radström, zarządzająca na co dzień niemieckim koncernem Daimler Truck. To właśnie z jej ust padły liczne słowa krytyki wobec normy czystości spalin Euro 7, wraz z konkretnymi, mogącymi działać na wyobraźnię liczbami.
Jak zrelacjonował brytyjski magazyn „Commercial Motor”, Radström stwierdziła, już obecna norma Euro 6 wprowadziła czystość spalin na granice technicznych możliwości. Jeśli natomiast silniki zostaną dostosowane do normy Euro 7, dalej pogłębi to ich konstrukcyjne skomplikowanie, ale w zamian zapewni niewielkie korzyści dla środowiska. Istotnym tematem okazują się też koszty. Radström oszacowała, że dostosowanie silników diesla do normy Euro 7 będzie kosztowało większość producentów po około 500 milionów euro. Wszystko to w sytuacji, gdy unijne władze nakazują też odejście od silników diesla i forsują szybki rozwój ciężarówek elektrycznych.
Co ta sytuacja może oznaczać dla przewoźników? Tego łatwo się domyślać – skoro producenci ciężarówek będą musieli wydać setki milionów euro na mało perspektywiczne inwestycje, a jednocześnie silniki będą musiały ulec jeszcze większemu skomplikowaniu, firmy transportowe też będą miały zwiększone wydatki, zarówno u dealerów, jak i później w serwisach.












