Jelcz 325 rusza w trasę z Chin do Polski – 13 tys. kilometrów oraz starcie z górami

Od końca 2024 roku na indyjskich oraz nepalskich drogach można spotkać Jelcza 325 na rejestracjach z Polski. Ciężarówka ta dotarła na Półwysep Indyjski drogą morską, w ramach wyprawy „Śladami Uczestników 2024”, mającej uczcić pamięć polskich himalaistów. Następnie, już wiosną 2025 roku, pojazd miał wrócić do Polski na kołach, przejeżdżając między innymi przez Pakistan oraz Iran. Problem jednak w tym, że w międzyczasie w tych dwóch krajach wybuchły wojny, przez co pokonanie lądowych granic okazało się niemożliwe. I tak oto dochodzimy do planów kolejnej wyprawy, pod hasłem „Chiny – Polska 2026”.

Chcąc wydostać Jelcza z Azji, a jednocześnie nie rezygnować z powrotu na kołach, uczestnicy wyprawy zdecydowali się na powrót przez Chiny. Zaplanowana trasa ma liczyć blisko 13 tysięcy kilometrów, z czego aż 4,5 tysiąca będzie wiodło właśnie po chińskich drogach. Co więcej, po wjechaniu z Nepalu do Chin ciężarówka znajdzie się w górskim regionie Tybetu, gdzie najwyższy podjazd zaprowadzi ją na wysokość ponad 5200 m n.p.m. Stamtąd klasyk uda się dalej na północ, w kierunku granicy chińsko-kazachskiej, na której powszechnie odbywa się dzisiaj ruch samochodów ciężarowych, w tym także pojazdów jeżdżących do Europy. Z Kazachstanu najkrótsza droga do Polski wiodłaby przez Rosję, ale i tutaj pojawia się problem, związany z sankcyjnymi ograniczeniami w ruchu ciężarówek. Dlatego zamiast przez Rosję ciężarówka przejedzie przez Azję Środkową, kierując się na Uzbekistan oraz Turkmenistan. Stąd konieczne będzie przedostanie się do Turcji, co planuje się zrobić drogą lądową, przez Iran. Tutaj dodam, że jeśli irańskie granice znowu okażą się dla ciężarówki zamknięte, zawsze będzie można skorzystać z promu przez Morze Kaspijskie, docierając do Turcji przez Azerbejdżan i Gruzję. Taką trasę zdarza się dzisiaj wykorzystywać w zarobkowym transporcie z Chin do Europy, nazywając to „szlakiem południowym”.

Już sam powyższy opis trasy może brzmieć bardzo skomplikowanie. Na tym jednak wyzwanie się nie kończy, gdyż konieczne będzie też spełnienie specyficznych formalności oraz przetrwanie wyzwań technicznych. Z formalnego punktu widzenia największym problemem ma być wjazd do Chin i przejazd przez Tybet. Tamtejsze przepisy zupełnie bowiem nie zezwalają, by ciężarówka na polskich rejestracjach, z polskim kierowcą, swobodnie poruszała się po drogach. Dlatego w chwili obecnej załoga wyprawy jest na etapie pozyskiwania tymczasowych chińskich tablic oraz tymczasowego chińskiego prawa jazdy. Przez część trasy na pokładzie ciężarówki będzie musiał się też znaleźć obywatel Chin. Jeśli natomiast chodzi o wyzwania techniczne, to tutaj pojawia się temat Wyżyny Tybetańskiej. Tam, na wysokości ponad 5000 m n.p.m., silnik Jelcza spotka się z bardzo rozrzedzonym powietrzem, o ograniczonej zawartości tlenu. Dla zobrazowania można tutaj powiedzieć, że diesel rozwijający 200 koni mechanicznych na poziomie morza (a właśnie tyle wynosiła oficjalna moc Jelcza), prawdopodobnie zaoferuje około 110-120 koni mechanicznych na poziomie 5000 metrów, właśnie przez utrudniony dostęp do tlenu. Sam jestem więc ciekawy, jak jednostka SW680 poradzi sobie w takich warunkach.

Początek powrotu zaplanowany jest na marzec. Do tego czasu wszystkie formalności mają być już dopięte, a pogoda w Himalajach i Tybecie nieco łagodniejsza, ułatwiając przedostanie się przez góry. Postępy będzie można śledzić na stronie wyprawy www.jelczemwhimalaje.pl, a także w mediach społecznościowych: na Instagramie oraz na Facebooku. Dodam też, że uczestnicy wyprawy prowadzą internetową zbiórkę, w ramach której można wesprzeć ich największy wydatek, jakim jest paliwo na 13 tysięcy kilometrów. Zbiórka prowadzona jest w serwisie buycoffee.to, gdzie za każde 15 złotych można zatankować Jelcza na 10 kilometrów.

Uruchamianie Jelcza po pół roku stania w Nepalu:

Skąd wziął się pomysł na wysłanie Jelcza na Półwysep Indyjski?

Omawiany Jelcz to replika dawnych ciężarówek polskich himalaistów, jakie w latach 70-tych oraz 80-tych wykorzystywano do transportu wspinaczkowego wyposażenia. Łącznie było to aż czternaście tras, przy okazji których ciężarówki dostarczały himalaistom niezbędne wyposażenie. Pierwszy taki wyjazd miał miejsce w 1971 roku, a ostatni odnotowano w roku 1986. Najczęściej wykorzystywano przy tym model 315, o układzie osi 4×2, choć zdarzały się też wyjazdy z trzyosiowym modelem 316. Sposób organizacji był zwykle taki, że kilku uczestników wyprawy jechało Jelczem do Azji, osobiście prowadząc pojazd, a pozostałe kilkanaście osób dolatywało do nich samolotem. Oczywiście stanowiło to duże wyzwanie dla ciężarówek oraz ich załóg, co doskonale oddaje poniższy tekst z magazynu „Taternik” (wydanie 1/1983), a także współczesny wywiad z dawnym kierowcą.

Fragment artykułu z 1983 roku:

W r. 1978 KW Warszawa zorganizował swą pierwszą wyprawę w Himalaje – na piąty szczyt świata, Makalu (8481 m.).  W planie było przeprowadzenie nowej drogi od przełęczy Makalu La (7410 m), ściśle granią północno-zachodnią […]

8-tonowy bagaż wyprawy przetransportowali Jedliński, Łapiński i Czerski samochodem ciężarowym PZA, Jelcz 316. Wyjechał on z Warszawy 5 lipca 1978 r. W dniu 17 sierpnia samochód został zatrzymany na cały tydzień na granicy pakistańsko-indyjskiej, z powodu nieformalności w „carnet de passage”. 6 sierpnia na przedmieściach Delhi nastąpiła poważna awaria: pękł wał korbowy w silniku. Po wielu zabiegach udało nam się sprowadzić nowy z kraju, zatrzymało nas to jednak w Delhi. 18 września – a więc z miesięcznym opóźnieniem – rozpoczął się przerzut bagażu samolotem z Biratnagaru do Tumlingtaru. […]

[…] W dniu 9 listopada ruszyła w dół karawana powrotna. Uczestnicy wrócili do kraju na przełomie listopada i grudnia, natomiast przejazd „Jelcza”, ze względu na wydarzenia w Iranie, przeciągnął się do połowy lutego 1979 r.

[…] Reasumując przyczyny niepowodzenia w Makalu należy widzieć w: 1) przestoju samochodu na granicy Indii i jego awarii w Delhi; 2) wielkiej powodzi w Indiach, która uniemożliwiła przerzut bagażu miejscową ciężarówką; 3) katastrofalnych opadach śniegu w początku października i w ich konsekwencji tragicznej śmierci A. Młynarczyka; 4) we wcześniejszym o ok. 10 dni nadejściu wiatrów przedzimowych.

Współczesny wywiad z dawnym kierowcą: