Dzisiaj mija rocznica zatonięcia promu MF Jan Heweliusz, na którym w 1993 roku tragicznie zginęło 55 osób

Poniższy tekst pochodzi już z 2016 roku. Z uwagi na 25. rocznicę przywróciłem go na stronę główną.


Przy czytaniu tego artykułu proponuję uruchomić powyższe nagranie. Jest to zapis wzywania pomocy przez polski prom Jan Heweliusz, który zetknął się z przerażającym sztormem na Morzu Bałtyckim. I choć z nagrania niewiele można zrozumieć, to gwarantuję, że wpłynie ono na Wasz odbiór tekstu.

Dokładnie dwadzieścia pięć lat temu, 14 stycznia 1993 roku, MF Jan Heweliusz, czyli polski prom norweskiej produkcji, pływający między Świnoujściem a Ystad, zatonął. Wraz z nim morze pochłonęło 20 członków załogi i 35 pasażerów, a wśród tych ostatnich naturalnie wielu kierowców ciężarówek, których to 28 egzemplarzy znajdowało się w części samochodowo-kolejowej. Byli to kierowcy z Austrii, Czech, Jugosławii, Polski, Norwegii, Szwecji i Węgier, zatrudnieni w tak znanych firmach, jak Pekaes, Scanspol, Danzas, Schenker, ASG Logitics, czy też Hungarocamion. Pierwsza z tych firm, nasz rodzimy Pekaes, miała na pokładzie trzy zestawy załadowane krzewami, cebulą oraz plazmą krwi, zaś warszawski Scanspol stracił Volvo z ładunkiem szklanych butelek i Scanię załadowaną płytami wiórowymi A jak te samochody wyglądają po dwudziestu latach, można zobaczyć na poniższym filmie z 2013 roku:

Dlaczego jednak prom zatonął? Jak to w przypadku tego typu katastrof bywa, pojawia się wiele teorii dotyczących złego stanu technicznego statku, czy też błędu kapitana. Sama Odwoławcza Izba Morska tuż po wypadku wymieniła właśnie te dwa elementy jako winne, zaś przeszłość statku mówiła sama za siebie. Wielokrotnie miał on problemy z utrzymaniem równowagi na morzu, siedem lat wcześniej wybuchł na nim pożar, spalona część pokładu została nielegalnie zalana betonem, nie brakowało usterek napędu, a i tuż przed wypadkiem Jan Heweliusz lekko uderzył o nabrzeże i był naprędce naprawiany. Czy jednak winny był także kapitan? Biorąc pod uwagę warunki pogodowe, pan Andrzej Ułasiewicz naprawdę niewiele mógł zrobić. Co więcej, do końca pozostał on na mostku, koordynował akcję ratunkową i zatonął razem z promem, a dłuższy czas po katastrofie w końcu odwołano postawione mu pośmiertnie zarzuty.

Tymczasem pamięć o wspomnianej pogodzie jeszcze długo pozostanie żywa. Odnotowany tamtej nocy sztorm zamknął słynną skalę Beauforta, a nawet przekroczył jej maksymalne wartości. Wiatr osiągał 150-160 km/h, co nawet dla promu będącego w idealnym stanie mogłoby być zgubne. Fale były tak ogromne, że nie pomogło ustawianie statku przodem do nich, po pokładzie zaczęły przesuwać się ciężarówki, przy których puściły mocowania, a do tego swoje zrobiły wagony kolejowe, które w większości trzymały się tylko i wyłącznie na szynach. Skutkowało to coraz większym przechyłem, szybkim nabieraniem wody i po prostu postępującym podtapianiem całego promu. W końcu padł więc sygnał, że wszyscy mają opuścić statek.

Rozpoczęła się akcja ratunkowa, mająca wyjątkowo tragiczny przebieg. Przechył statku utrudniał spuszczanie szalup ratunkowych, a gigantyczne fale przewracały tratwy i zalewały je wodą. Praca służb ratunkowych wyglądała niestety niewiele lepiej – rozbitkom spuszczono siatki, ale nie udzielono żadnej pomocy przy wspinaniu się na nie, przez co osłabieni marynarze i pasażerowie nie mieli jak z nich skorzystać. Był także przypadek przewrócenia tratwy ratunkowej przez linę z helikoptera ratunkowego i przewrócenia jej do góry dnem. Uwięzione zostały w ten sposób trzy osoby, które nosząc kapoki nie mogły wypłynąć spod tratwy i tym samym utonęły. W szczególnie trudnej sytuacji byli pasażerowie, w tym kierowcy, z których nie ocalał po prostu nikt. Ciepłe ubrania pozostawiali oni w kabinach ciężarówek i wpadali do lodowatej, styczniowej wody w samej bieliźnie lub w piżamach.

Wszystko to sprawiło, że lista uratowanych była wyjątkowo krótka. Z 64 wszystkich osób przeżyło jedynie 9 członków załogi, w tym między innymi dwóch oficerów, kucharz i elektryk. Poprzez utonięcie lub wychłodzenie organizmu odeszli natomiast następujący pasażerowie: Ingvar Andersson, Lajos Balzas, Vaclaw Condil, Karol i Sylwia Eichert, Josef Furulyas, Małgorzata Gajowska, Agnieszka Goldman, Czesław Gorlewski, Witold Greda, Ingvar Kjell Hakansson, Roy Halvorssen, Conny Irskog, Zdenek Jurik, Bo Karlsson, Marek Kośny, Andrzej Kozłowski, Witold Krawczyk, Lars Borje Lenartsson, Per Martens, Peter Olsson, Henryk Owczarczyk, Ryszard Pałka, Erwin Pappenscheller, Władysław Półtorak, Jochan Reischer, Istvan Small, Zdzisław Sosnowski, Witold Staszkiewicz, Radka Milena Vasić, Dymitr Vasić, Ferenc Vegh, Michaly Warga, Peter Weissenbacher i Barbara Zaborska. O ogromnym szczęściu mogą natomiast mówić kierowcy, którzy na prom się spóźnili, jako że podobno odnotowano takie przypadki, między innymi w Pekaesie.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam także do zapoznania się z programem na ten temat przygotowanym przez TVP Historia. Produkcję tę można znaleźć na YouTube, poniżej: