
Połączenie francuskiej kontroli transportowej ze stereotypowym „irlandzkim ekspresem” dało naprawdę wysoki wynik. Kwotą tą okazało się 26 tys. euro, które przewoźnik musiał zostawić we Francji przed kontynuowaniem dalszej jazdy.
O sprawie poinformowała żandarmeria z francuskiego departamentu Orne, która w poprzedni czwartek, 24 września, prowadziła wspólne kontrole z inspekcją transportową DREAL. Na autostradzie A88, przy punkcie poboru opłat Sées, zatrzymano wówczas zestaw, którym irlandzki kierowca wykonywał transport międzynarodowy.
Już wstępna kontrola ciężarówki wykazała wielokrotne przekroczenia prędkości, momentami przewyższające nawet 120 km/h. Dokładniejsze sprawdzenie naprowadziło zaś inspektorów na dezaktywowany ogranicznik prędkości, nielegalne oprogramowanie w tachografie, liczne przypadki skrócenia odpoczynku lub wydłużenia czasu jazdy, a także pewne przekroczenie dopusstosowalnej masy całkowitej. Łącznie dało to 43 różne wykroczenia.
Po zestawieniu wszystkich uchybień z francuskim taryfikatorem ukazały się dwie wysokie kwoty. Po pierwsze, firma musiała wpłacić 21 tys. euro kaucji na poczet kary administracyjnej. Po drugie, pojazd skierowano do warsztatu, gdzie koszty przywrócenia go do legalności określono na 5 tys. euro. Przed kontynuowaniem trasy firma musiała więc wydać 26 tys. euro, a więc równowartość ponad 113 tys. złotych.
Dla wyjaśnienia dodam, że we Francji – inaczej niż w Polsce – nie istnieje sztywna granica maksymalnej kary administracyjnej przy kontroli drogowej. O ile więc u nas odpowiedzialność firm transportowych zwykle kończy się na 12 tys. złotych, niezależnie od liczby wykroczeń, we Francji wielokrotne wykroczenia mogą skutkować naprawdę olbrzymimi kwotami.











