banner2
Opublikowane 10 kwi, 2016

Wspomnienia z trasy do Iranu w barwach PEKAES Warszawa – część 30

Marzenia się spełniają – Wspomnienia z pierwszej jazdy do Iranu

Część 30

30 stycznia, niedziela

Obudziło mnie pukanie w kabinę i słyszę ochrypły głos „krzykacza” – „wstawać, słońce już jest wysoko”. Ach co to jest za straszna, stara maruda. Sam nie może spać to i kolegom też nie pozwala poleżeć w ciepłym śpiworze. Ciężko się wstaje z tego ciepłego worka. Rzeczywiście, jest już godzina 10 naszego czasu, a słońce już mocno przygrzewa. A więc trzeba się jeszcze umyć i ogolić. I faktycznie jest już czas na wstawanie. W nocy jak  tutaj przyjechaliśmy parking był zmrożony, teraz niestety przy tej dodatniej temperaturze jest jedna wielka gliniana maź, która okropnie się przykleja do butów. Idąc do umywalni omijam te kałuże, ale niekiedy jak się wpadnie, to aż nogi ciężko z niej wyciągnąć. Buty mam niesamowicie obłocone od tej gliny. Niestety, Władek będzie musiał się w tą maź położyć, aby podstawić lewarek pod tylną oś. Musi wymienić przebite koło, które nie wytrzymało wczorajszych trudnych podjazdów. Na tym ogromnym parkingu pozostało już niewiele samochodów. Ten ogromny parking to jedno wielkie gliniaste klepisko. Rozpuszczona kleista maź zalega na całym parkingu i nie ma suchego miejsca, gdzie można by podjechać, w którym można byłoby się położyć pod samochód podstawiając podnośnik. Nie mając innego wyjścia, Władek porozkładał dwa stare kitle na tę gliniastą maź. Nie było innego wyjścia. Na tym jednym kole nie było szansy dojechać pod załadunek. Natomiast Zygmunt zabrał się za przełączanie przewodów paliwowych z prowizorki na oryginalne połączenia przez filtry paliwowe. Teraz przy takiej pogodzie nie powinno być już żadnych problemów z paliwem. Ja natomiast zabrałem się do szykowania śniadania dla kolegów i dla siebie. Po śniadaniu poszliśmy do naszego spedytora TURTRANSA, aby wpisać się w książkę. W między czasie dowiadujemy się, że dwa polskie samochody miały wypadek. Zdarzyło się to niedaleko naszego parkingu, bo zaledwie 5 kilometrów w stronę Istambułu. Były to dwa Volva z Błonia, które wcześniej wyjechały i chciały dojechać na granicę do Kapikule. Ale na tym odcinku droga była bardzo oblodzona i samochód wpadł w boczny poślizg uderzając naczepą w tureckiego małego busa stojącego na poboczu, a ten z kolei uderzył w grupę ludzi stojących za tym samochodem, zabijając jedną osobę, a druga ciężko raniąc. Natomiast drugi samochód, który prawdopodobnie nie miał szans na wyhamowanie lub ominięcie tego wypadku, przejechał przez głęboki rów zatrzymując się w zaśnieżonym polu. Dla nas kierowców jest to bardzo przykre i niemiłe przeżycie, dowiadując się o takim wypadku. W międzyczasie Jacek z Piotrem i „Krzykaczem” pojechali już do odległego o 45 kilometrów Kazana, w którym znajduje się stacja paliwowa, na której tankujemy paliwo do naszych samochodów.  Tak więc ruszamy w dalszą drogę. Po drodze mijamy mocno rozbitego busa, który miał cały tył zmiażdżony, a obok stały nasze samochody, ale już bez naczep. Pilnowała je żandarmeria wojskowa. Przejeżdżaliśmy bardzo wolno aby nie tarasować drogi. Nie zatrzymywaliśmy się. Niestety nie było już w nich kierowców. Prawdopodobnie byli zabrani na policję. Po przyjeździe na stacje paliwową, okazało się, że dwie nasze chłodnie, czyli Piotr i Jacek już pojechały ponieważ oni mogą w Turcji jechać 70 km/h. Niestety my z przyczepami tylko 60 km/h. Tutaj na stacji oczekiwał na nas krzykacz. Po zatankowaniu i częściowym umyciu kabiny ruszyliśmy w dalszą drogę. Po ujechaniu około 15 kilometrów zostaliśmy zatrzymani przez policję, która przy kontroli dopatrzyła się, że Zygmunt w swojej karcie policyjnej nie ma wpisanego przewożonego zepsutego ciągnika, a jest wpisane tylko BOS, czyli pusto. A więc jest problem i kazali płacić 5000 tureckich lirasów. Natomiast do Władka przyczepili się, że jechał za szybko, choć na tarczce nie było przekroczenia szybkości 60 km/h i również miał płacić 5000 TL. Odmówili płacenia, więc policja zabrała paszporty, chociaż nie mieli do tego prawa i zabierając jednocześnie karty policyjne pojechali sobie w stronę Ankary, zostawiając nas na drodze. Myśmy również zawrócili i pojechaliśmy z powrotem na stację paliwową, na której żeśmy się tankowali czyli w Kazaniu. Tutaj na stacji pozostawiliśmy nasze dwa samochody oraz przyczepę Władka i pojechaliśmy dzwonić do Ambasady. Po drodze znowu zostaliśmy zatrzymani przez tę samą Policję która zabrała nam dokumenty pytając się gdzie my jedziemy? I usłyszeli naszą odpowiedź. Po przyjechaniu do małej miejscowości w której była poczta i telefon, poprosiliśmy o połączenie z Polską Ambasadą. Trwało to około 20 minut, po czym odezwał się jakiś Pan mówiący po polsku oświadczając nam, że musimy chwileczkę poczekać, a on nas połączy z konsulem. I tak się stało rzeczywiście. Po krótkiej chwili zostałem połączony z Polskim Ambasadorem. Było bardzo słabo słychać i musiałem mówić również bardzo głośno. Choć do Ankary było zaledwie 30 kilometrów. Po przedstawieniu całej sprawy w odpowiedzi usłyszałem, że musieliśmy przekroczyć jakiś przepis, czego może myśmy wcześniej nie zauważyli. Stwierdził ,że nie może nam nic pomóc w tej sprawie, bo od tego są nasi przedstawiciele i podał nam numer telefonu. Poprosił żeby podać swoje  nazwiska i numery zabranych paszportów, oświadczając nam jednocześnie, że napisze notatkę do władz tureckich ponieważ Policji nie wolno zabierać paszportów. Przy tej rozmowie poinformował nas, że od 29 stycznia 1983 roku zostały podniesione mandaty karne. Po tej informacji zakończyła się rozmowa z konsulem po czym zadzwoniliśmy pod wskazany numer i znowu usłyszeliśmy takie same stwierdzenie, że może to nasza wina i mamy czekać do jutra. Chyba, że oddadzą nam paszporty i karty policyjne. A więc doszliśmy do wniosku, że musimy radzić sobie sami. Nie mamy na kogo liczyć, traktują nas jak piąte koło u wozu. A przecież to my jako kierowcy zarabiamy te ciężkie dolary dla kraju. Te nasze przedstawicielstwo znajduje się około 30 kilometrów od nas i nikt nie zdecydował się przyjechać, porozmawiać i pomóc nam osobiście. Wracamy na parking przygnębieni i zniechęceni tą sytuacją. A więc musimy radzić sobie sami. Te policyjne hieny biorą tylko bakszysz nie dając pokwitowania, bo jak sami tłumaczą muszą mieć na mandziaro, czyli na jedzenie. Zrobiło się już późne popołudnie i dzisiaj już nic nie załatwimy, a  policja również nie przyjechała aby oddać nam paszporty i karty policyjne. Musimy czekać do jutra. Uszykowaliśmy sobie obiadokolację i wspólnie pobiadowaliśmy o tych wygłodniałych skur ….ach, tureckich sępach. Po posiłku poszliśmy do restauracji na tureckie piwo, gdzie od szefa dowiedzieliśmy się, że każdy z zatrzymanych tureckich przewoźników w papierach ma uszykowane 500TL. Nie ma wyjątku, zresztą widać to przy każdej kontroli z jaką pokorą i strachem oddają dokumenty policjantom. Patrząc na nich, to mają oni tutaj pieskie życie. Policja na tutejszych drogach jest tutaj wszechwładna, może i to  dobrze dla tutejszych kierowców, aby poskromić ich temperament, którego na drodze mają w nadmiarze. Tak siedząc i rozmawiając dowiedzieliśmy się trochę więcej o władzy policji na drodze. No niestety, my też musimy się częściowo podporządkować będąc na ich terytorium. Natomiast w  dzisiejszym przypadku, co do przewożonego samochodu, to policja ma rację, ale nie znaczy to, że my musimy wydawać tak duże pieniądze bez pokwitowania. Natomiast Władek nie miał żadnego przekroczenia,  co udowodnił na tarczce i ja również, gdyż  jechaliśmy w jednym konwoju, a policja nie miała radaru i brała Władka na wytrzymałość. Moim zdaniem było to nadużycie władzy. Zrobiło się już późno, jest godzina 20 naszego czasu i idziemy do swoich samochodów położyć się spać. Ja jeszcze opiszę wczorajsze zaległe wspomnienia i jak zdążę to te dzisiejsze też napiszę. Napaliłem sobie w moim piecyku i zabrałem się do pisania. I ani się obejrzałem i zrobiła się godzina 1, i napisałem wszystko, łącznie z dzisiejszymi zdarzeniami. Po umyciu się jest godzina 1.20.

Dzisiaj przejechałem 41 kilometrów i przepracowałem 10 godzin.

Orientacyjna mapa dzisiejszej trasy:


Autorem tekstu jest Adam Frąckowiak, którego osobę przedstawiałem we wstępie dostępnym TUTAJ. Seria tekstów o transporcie do Iranu powstaje dzięki pomocy Niezależnego Forum Nowego Tomyśla i okolic.


Kolejny odcinek – TUTAJ

Poprzednie odcinki – TUTAJ


WYKOP ten tekst!

Ten wpis ma 4 komentarzy

  1. andrzej pisze:

    Widac na pomoc konsula Polskiego mozna bylo liczyc wtedy tak samo jak i dzis, ciekaw jestem po co w ogole te ambasady skoro nigdy nie kwapia sie zeby pomoc?

  2. egon pisze:

    pomoc konsulatu ? dobre , konsulat jest po to zeby koledzy rzadzących którzy nie zostali wybrani na posłów mieli ciepłe posadki – tak było jest i bedzie , czytałem kiedyś historie 2 brytyjek porwanych w południowej ameryce , po uwolnieniu wraz z holenderską parą udali sie wieczorem do ambasady -tam usłyszeli ,ze to nie hotel i na nic nie moga liczyć ,

  3. Miałem podobną sytuacje w Kijowie kilka lat wstecz. Pan „konsul” stwierdził że pewnie ja jestem winny i żeby zapłacić ewentualnie popytać o nazwisko lub stopień to wtedy puszczą wolno. Gdy zapytałem o jego nazwisko to sie rozłączył i trzeba bylo załatwić po miejscowemu. Szuszłyk i masa czasu stracona. Ot tak. To tego sa ambasadorzy i konsulowi. Brać kasę i cicho siedzieć.

  4. roling pisze:

    i dało sie 40 km w 10 godzin
    :) dzisiaj by firma padła

Odpowiedz