banner2
Opublikowane 20 mar, 2016

Wspomnienia z trasy do Iranu w barwach PEKAES Warszawa – część 27

Marzenia się spełniają – Wspomnienia z pierwszej jazdy do Iranu

Część 27

27 stycznia czwartek

Rano gdy się obudziliśmy. Władek mówi, Adam zobacz, czy twój silnik chodzi . Patrzę  przez  okno  i widzę, że lampka od ładowania akumulatora się nie pali, a więc jest dobrze, silnik nie zamarzł, termometr wskazuje minus 32 stopnie.  Po śniadaniu zatankowaliśmy paliwo. I rzeczywiście dzisiaj paliwo już leciało prawie normalnie, nie jest takie gęste jak wczoraj. Bo wczoraj to leciała tylko sama  piana. No i chcemy wyruszać w dalszą drogę, gdy do mojego samochodu podbiega Marian i mówi, że jego silnik zgasł. No i jak zwykle, Władek i ja bierzemy się do roboty. Trzeba było kabinę podnieść do góry, ale bez cybucha i podgrzania podnośnika oraz tłoczyska się nie obyło. Zaglądamy do zbiornika i widzimy biały, luźny smalec. Olej napędowy jest bardzo gęsty. Marian stwierdził, że jest zalepiony smok w zbiorniku, który zaciąga paliwo.  A więc zabrał się do jego wymontowywania. Jak się okazało to nie był powód tego nieszczęścia i założył go z powrotem. Na pewno jest zalepiony filtr paliwowy tą irańską parafiną. Nie miał już filtra zapasowego, więc do zbiornika włożyliśmy gumowy wąż od powietrza, omijając filtr paliwowy i zakładając bezpośrednio do pompy paliwowej. Przepompowaliśmy i odpowietrzyliśmy układ zasilania, no i odpalił. A więc gotowe, możemy jechać. Ale w tym samym czasie gaśnie Volvo Zygmunta. Zrobiliśmy więc taką samą operację, no i silnik zapalił. Cała ta operacja trwała 3 godziny, no i wreszcie ruszamy. Ujechaliśmy może z  15 kilometrów i mój samochód zaczyna zwalniać. Na pewno to ten sam powód, parafina irańska. Odkręciłem filtr i dobrze go wygrzałem podgrzewając cybuchem, wylewając tą parafinę. Aż niemożliwe ile w tym irańskim paliwie jest tej parafiny. Dobrze, że jest to dzień, a słoneczko już mocno przygrzewa choć w nogi i ręce jest bardzo zimno. Pomimo, że jest tylko minus 21 stopni. Po założeniu i uruchomieniu silnika wycieramy ręce tylko w szmaty. Władek mi w tym jak zwykle bardzo pomagał.  Ten Władek to jest człowiek bardzo uczynny i koleżeński. Wyglądamy i cuchniemy tą ropą jak prawdziwi mechanicy. Jest już południe, a my dzisiaj chcemy dojechać do oddalonego o 280 kilometrów Erzincanu, gdyż tam jest duży parking na którym można się umyć, wykąpać i spokojnie przenocować. Droga jest  jak zwykle zaśnieżona, ale  pogoda jest ładna a więc jedzie się dobrze. Mam ciepło w kabinie.

opowiadania ciezarowka do iranu 27-1

Przejeżdżając przez małą miejscowość Koprukoj widać jak z kominów i wystających rur mocno się dymi. Ruch na ulicy jest mały, widać tylko sporadycznie pojedynczych mieszkańców. Po ujechaniu około 50 kilometrów zatrzymuje nas turecka policja, twierdząc ,że mieliśmy za małe odstępy między samochodami. Kazali sobie płacić po 3000 tureckich lirasów bez faktury. Pozabierali nam paszporty i karty policyjne. Myśmy odmówili płacenia ponieważ odstępy były prawidłowe po 100 metrów samochód od samochodu. Natomiast oni twierdzili, że było inaczej i że podstemplują nam paszporty. Myśmy wiedzieli, że policja nie jest od stemplowania paszportów. Kazali nam wsiąść do samochodów i czekać. W sumie straciliśmy ponad godzinę czasu po czym przynieśli  paszporty, karty policyjne i pojechali szukać nowych ofiar. które im zapłacą.

opowiadania ciezarowka do iranu 27-2

Turecka policja to jak te pustynne sępy. Muszą coś upolować. aby dobrze żyć. Droga jak na razie jest dobra i równa, ale po ujechaniu kilkudziesięciu kilometrów znowu zaczynamy podjeżdżać wyżej. A tutaj na drodze jest już sam lód. Czym wyżej, to droga staje się bardziej śliska. Nie ma możliwości zatrzymania się, aby pozakładać chociażby małe łańcuchy. Więc trzeba jechać bardzo ostrożnie. Koła raz po raz się uślizgują. Wjeżdżając na górę zakładamy z Władkiem małe łańcuchy. Natomiast koledzy chłodniami wjechali bez większego problemu. Więc kazaliśmy im jechać do przodu, ale tak żeby nie zapomnieli o nas. Przejeżdżając przez miasteczko Pasinler widzę ,że znowu stoi policja ale nas nie zatrzymują. Widocznie są w zasięgu komunikacyjnym i nie mają zamiaru nas zatrzymywać, bo koledzy już  przejechali, no i my również. Droga jest teraz czysta  a słońce  już robi swoje. Na skałach gdzie słońce grzeje najmocniej nie ma już śniegu, ale widoki tych ośnieżonych gór są bardzo ładne.

opowiadania ciezarowka do iranu 27-3

I tak dojechaliśmy do miasta Erzurum, które leży na wysokości 1853 metry n.p.m. Tutaj jak zwykle panują największe mrozy i leży bardzo dużo śniegu. W tych trudnych warunkach atmosferycznych widać ludzi idących w kominiarkach lub z owiniętymi chustami na twarzy. Na moim termometrze jest minus 29 stopni, a przy tym jest jeszcze silny boczny wiatr sypiący śniegiem. Ruch w samym mieście jest bardzo mały. Widać, że i tutaj te trudne warunki pogodowe mają swój wpływ, na tutejsze życie pomimo tego, że mieszkańcy są już przyzwyczajeni. Gdy wyjeżdżamy z miasta na horyzoncie pojawiają się znowu te piękne, ośnieżone góry. Jest piękna słoneczna pogoda. Droga jest ładna, już nie tak mocno zaśnieżona, choć na poboczach i polach leży bardzo dużo śniegu.

opowiadania ciezarowka do iranu 27-4

Parę kilometrów za miastem znowu zatrzymuje nas policja. Sprawdza tarczki, patrząc, czy nie przekroczyliśmy dozwolonej prędkości jadąc przez miasto oraz sprawdza karty policyjne, czy przez przejechane punkty kontrolne mamy pieczątki. I po krótkim postoju ruszamy w dalsza drogę. Przejeżdżając przez miejscowość Askale zaczynamy wjeżdżać w te ośnieżone, piękne góry. Droga staje się ponownie bardzo śliska, a w cieniu tych gór, gdzie nie dochodzi jeszcze słońce, to jest już prawdziwa szklanka. Nie mamy się tutaj gdzie zatrzymać, aby pozakładać choćby małe, krótkie łańcuszki. Dobrze, że nie ma ruchu. Można wybierać lepsze miejsca o trochę lepszej przyczepności jadąc raz lewą raz prawą lub środkiem jezdni wjeżdżając coraz wyżej. Samochód się coraz bardziej uślizguje, a droga pnie się coraz wyżej i znowu jest  bardzo zaśnieżona. Z daleka już widzę, że dalej nie podjedziemy gdyż droga jest zatarasowana przez samochody nie mogące podjechać.

opowiadania ciezarowka do iranu 27-5

Teraz ja z Władkiem wykorzystujemy okazję i zakładamy małe łańcuchy. Wjeżdżając wyżej  znowu widzę samochody niemogące podjechać. Na drodze leży gruba warstwa śniegu.

opowiadania ciezarowka do iranu 27-6(Czy na poniższym zdjęciu widoczny jest Jelcz 417, pierwszy przodem do aparatu?)
opowiadania ciezarowka do iranu 27-7

Trzeba naprawdę bardzo delikatnie operować pedałem gazu . Jesteśmy już wysoko w górach . Pogoda ładna.  Jak na razie to jedziemy wszyscy razem. Oby tak było do Erzincanu. Po drodze mijamy porozbijane samochody tureckie, które leżą w przepaściach kilkanaście metrów niżej, mocno porozbijane. Patrząc na nie przelatują mnie ciarki. Nie daj Boże tak zakończyć jazdę. Ale to chyba jest ta ich brawura, że tak kończą jazdę. My staramy się jechać w miarę ostrożnie. Nie ma co szarżować, chcąc dojechać do kraju i swoich rodzin cało i zdrowo.

opowiadania ciezarowka do iranu 27-8 opowiadania ciezarowka do iranu 27-9

Przejeżdżają przez miejscowość Tercan zaczynamy jechać wzdłuż płynącej rzeki, która wije się między wysokimi, skalnymi ścianami. Wąska droga jest częściowo wykuta w blokach skalnych. Wygląda to wszystko bardzo uroczo. Ściany te są bardzo strome i wysokie, a na dodatek są warstwowo kolorowe. Pięknie to wygląda.  Jadąc tak urokliwą drogą, widzę mały młyn wodny, który jest zamieszkały przez kurdyjską rodzinę. Na rozwieszonym sznurze suszy się bielizna, a w tym małe ciuszki dziecięce. Widząc taki mały domek, można sobie wyobrazić jaki panuje w nim  standard życiowy.

opowiadania ciezarowka do iranu 27-10

Jadąc dalej tą wąską drogą, wzdłuż tej płynącej rzeki, a wyjeżdżając z zakrętu, widzę znowu potężną górę, która stanęła mi na drodze. Teraz to na pewno będziemy musieli z Władkiem zakładać duże łańcuchy. Ale po ujechaniu jeszcze kilkuset metrów rzeka odbija w prawo, omijając potężną ośnieżoną górę. Po ujechaniu jeszcze kilkuset metrów, zza zakrętu pojawia się tunel.

opowiadania ciezarowka do iranu 27-11

Jestem tym widokiem  bardzo zaskoczony, gdyż jadąc do Iranu nie przejeżdżaliśmy przez ten tunel. Tunel ten miał długość około 3 kilometrów. Był ładnie oświetlony. Naprawdę jest to w tych warunkach drogowych duże udogodnienie dla nas kierowców jadących przez te zaśnieżone  tureckie góry. Nie daj Boże, gdyby trzeba było jechać przez tę górę. To byłaby chyba prawdziwa rozpacz, ponieważ z tej strony góry leżało bardzo dużo śniegu, a słońce tutaj nie docierało. Po wyjechaniu z tunelu ukazała się piękna, olbrzymia dolina otoczona wysokimi górami. Z lewej strony całe zbocza były pokryte jeszcze śniegiem, a po prawej stronie w dolnych partiach tych gór widać już skały, z których to słońce zdążyło wygrzać śnieg. Naprawdę wygląda to wszystko urokliwie. Jest piękne niebieskie niebo, a słońce już mocno przygrzewa przez szyby. Tutaj droga jest czysta, bez śniegu. Cóż za piękne widoki. Od razu w człowieku jest inny duch. Te wszystkie przeżyte problemy gdzieś zniknęły. Do celu już nie daleko. A słońce chowa się za szczyty gór. Droga znowu staje się równa i cały czas jedziemy lekko z góry. Spoglądając przez boczne okno wydaje się jakby na polu było mniej śniegu. W samochodzie zrobiło się cieplej. Otwieram okno, wyciągam rękę i nie czuje dużego mrozu. A więc tutaj jest już trochę  cieplej. Tylko te olbrzymie góry pokryte śniegiem przypominają, że jest zima. Na termometrze jest minus 14. Po przejechaniu paru kilometrów tą ładną równą drogą znowu zaczynam wjeżdżać pod górę. Zatrzymuję się i zakładam małe łańcuchy. Droga jest bardzo oblodzona. Pomimo założonych małych łańcuszków mam trudności z podjechaniem. Władek również. Natomiast chłodnie szły dobrze.

opowiadania ciezarowka do iranu 27-12 opowiadania ciezarowka do iranu 27-13

Czyżby te góry się nigdy nie skończyły? Słońce już się schowało za tymi pięknymi ośnieżonymi  szczytami gór, a ja znowu mam trudności z podjechaniem, gdyż na drodze jest lód. Władek został daleko za mną. Natomiast koledzy z naczepami poszli ostro, tak, jakby to nie było pod górę i na dodatek bardzo ślisko. Po ujechaniu kilkunastu kilometrów koledzy czekali  na nas na górze. Nastała już noc, a na niebie wyiskrzonym od gwiazd świeci okrągły, duży księżyc. Jest pełnia. Naprawdę są to  niesamowite przeżyte uroki w tych wysokich tureckich górach. U nas w kraju takich uroków się nie zobaczy. Wygląda to tak, jakby człowiek był sam na tym świecie, w tych pięknych wysokich ośnieżonych górach, a nad nim tylko to piękne niebo z milionami gwiazd i z ogromnym  księżycem. Po prostu inny niespotykany świat, którego dotąd nie widziałem. Po jakimś czasie dojechał Władek, mówiąc, że miał duże kłopoty z podjechaniem. Teraz jadąc z góry droga znowu jest bardzo śliska i oblodzona. Samochód znowu zaczyna się bardzo uślizgiwać, więc hamuję całym zestawem i jadę raz lewą stroną, raz prawą lub środkiem, byle mieć lepszą przyczepność. Na drodze nie ma już żadnego ruchu. Przed miejscowością Tercan znowu miałem duży problem z podjechaniem. Myślałem, że już nie dam rady. Władek też miał podobny problem, natomiast chłodnie szły ładnie, bez problemów i nas wyprzedziły. Te nasze kochane Zośki, czyli te ciężkie przyczepy mocno nam utrudniają podjazd. Ale co zrobić. Raz jest lepiej, a raz trudniej. W końcu pokonaliśmy ten długi podjazd i teraz to już tylko z góry. Ale to również jest bardzo niebezpieczne, jak wjazd pod górę. Teraz z kolei te nasze kochane Zośki pchają nas z góry. Co jakiś czas hamuję tylko hamulcem ręcznym, aby przyczepa choć trochę hamowała nie spychając tak mocno samochodu z góry, ale w większości muszę hamować hamulcem zasadniczym.  Do Erzicanu już niedaleko. Zjazd zrobił się łagodniejszy, a w oddali widać już łunę światła miasta Erzincan, które leży na wysokości 1185 m.n.p.m. Przejeżdżając przez miasto, które już mocno śpi i nie ma już w nim żadnego ruchu pojazdów, wydaje się jakbyśmy jechali przez wymarłe miasto. Tak wyjeżdżając z miasta zaczynamy podjeżdżać pod górę. Na drodze jest znowu więcej lodu i śniegu. Termometr wskazuje minus 21 stopni. Do parkingu coraz bliżej. No i nareszcie ten upragniony parking.

Jak się okazuje parking jest zapełniony samochodami po same brzegi, ale tureccy stróże upychają nas w tzw. mysią dziurę. Stajemy tak blisko siebie, że musimy pozamykać lusterka i wychodzimy przez kolegów kabiny. Stoimy od siebie nie więcej niż 10-15 centymetrów. Tureccy stróże parkingowi wiedzą, że wracamy z Teheranu i mieliśmy trudną drogę. Jesteśmy już bardzo zmęczeniu. Płacimy po 250 TL, no i nocleg mamy zapewniony spokojny. Teraz  idziemy do tureckiej łaźni aby się wykąpać, pozmieniać bieliznę i  aby  wrócić do europejskiego życia. Po czym wykąpani i przebrani wchodzimy do tureckiej restauracji. Siedzi w niej jeszcze kilku kierowców bułgarskich. Ale najważniejsze, że jesteśmy w komplecie. Zestawiamy dwa stoliki i siadamy razem. Jesteśmy bardzo spragnieni tureckiego birasi, gdyż nie piliśmy tego trunku 3 tygodnie. Na kolację zamówiliśmy szaszłyk barani z zieleniną, jak kapusta czerwona, cebula, ćwikła, marchew, pomidory, papryka czerwona i zielona, oliwki, a wszystko to skropione oliwą z oliwek i octem winogronowym. Jeszcze przed kolacją wypiliśmy po piwku, które bardzo smakowało i poczuliśmy dziwną błogość, tak jakby lekko zawiani, ale przy tym bardzo rozluźnieni. Po zjedzeniu tej wspaniałej kolacji, którą podali nam tureccy kelnerzy, zamówiliśmy jeszcze po jednym piwku, aby nam się dobrze spało.  Po tym zakończonym ciężkim dniu, byliśmy szczęśliwi, że znowu o jeden dzień bliżej kraju. Całe to jadło smakowało wyśmienicie. Co to za rozpusta. Byliśmy w świetnych humorach, a przy tym oglądamy pogodę na jutrzejszy dzień. Zapowiada się na dzisiejszą noc lekki mróz. Około minus 19 stopni. A więc najgorsze mrozy już przejechaliśmy. Patrząc na mapę Turcji, w Horasanie na dzisiejszą noc zapowiadali minus 35 stopni. Ale to już pozostało daleko za nami. My kierowcy cieszymy się z każdego przeżytego dnia. Zrobiło się nam naprawdę bardzo ciepło i jest już godzina 24.00 naszego czasu, a więc czas na odpoczynek. Zapłaciliśmy każdy po 450 TL i poszliśmy spać do swoich samochodów. Samochody kolegów są na chodzie i pracują nagrzewnice. Ja dzisiaj wyłączam silnik i będę spał w nietrzęsącej się kabinie. Umówiliśmy się, że wstajemy o siódmej.

Dzisiaj przejechałem 283km i przepracowałem 16 godzin.

Orientacyjna mapa dzisiejszej trasy:


Autorem tekstu jest Adam Frąckowiak, którego osobę przedstawiałem we wstępie dostępnym TUTAJ. Seria tekstów o transporcie do Iranu powstaje dzięki pomocy Niezależnego Forum Nowego Tomyśla i okolic.


Kolejny odcinek: Wspomnienia z trasy do Iranu w barwach PEKAES Warszawa – część 28

Poprzednie odcinki – TUTAJ


To może Cię zainteresować:

WYKOP ten tekst!

Ten wpis ma 7 komentarzy

  1. Ciekawe ile remontów musiał przejść „Jelun” na takim odcinku, a ogrzewanie „Jeluna” to jeszcze gorsza sprawa. Polskie Jelcze to auta artystyczne; ogrzewanie, hałas, konfort to dramat a podwieszona skrzynia biegów to tragedia

  2. dakutrans pisze:

    Na pierwszy rzut oka Jelon jak się patrzy :)

  3. Pablo pisze:

    Ale autor nie jechał żadnym jelunem, tylko fiatem…

  4. przemek1993 pisze:

    czytam z zaciekawiniem te trasy ale mam pytanie czy opisy wioda do do samej bazy bazy czy tlko do polski?

  5. lewy2604 pisze:

    Bardzo fajny artykul.W tamtych latach Jelcz”kwadrat” to bylo cos.I nie mialy one juz podwieszanych skrzyn biegow.

  6. egon pisze:

    oczywiście ,ze jelcze serii 4 nie miały podwieszanych 5 tylko zespolone skrzynie 6 na licencji zf – awarie to co 100 000 km wymiana synchronizatora na 6 biegu ale sam jelon wg konstruktora przystosowany był dmc 32 ton i przy takiej masie był to naprawdę dobry wóz, moi koledzy z bazy w latach 1986-88 jezdzili takimi jelonami do niemiec i na włochy , kiedyś 1 opowiadał że na parkingu przyszedł niemiec ogladał ogladał w koncu pyta co to za auto ? i ile ma lat ? nie mógł uwierzyc ,że to eine noue klasse lkw aus polen

  7. scaniatop pisze:

    Tutaj komentujący jak będziecie widzieli ciężarówkę to pomachajcie.Proszę was nie komentujcie.

Odpowiedz